Z życia wzięte
Zwiedziliśmy niemal cały region, w tym kilkanaście nadmorskich kurortów. Te wycieczki dały mi okazję do ciekawych obserwacji. W miejscowościach wypoczynkowych powstaje mnóstwo nowych domów. Jak się zorientowaliśmy, ziemia jest tu dość tania, a okolice bywają piękne.
Tam, gdzie byliśmy, budują głównie mieszkańcy Trójmiasta. Stawiają domy letnie, ale o charakterze całorocznych – solidne, murowane, najczęściej piętrowe. Część z nich powstaje pewnie z myślą o letnim wynajmie – to dziś w pasie nadmorskim cały przemysł. Domy i nieduże pensjonaty budują też „tubylcy”, którzy korzystając z unijnych dopłat dostosowują swoje gospodarstwa do turystycznego profilu.
Niezależnie od tego, kto buduje, rzuca się w oczy jedno: wśród tych setek budów rzadko widzi się takie, jakie znamy z centralnej Polski. Ściany, stawiane tu najczęściej z ceramiki, są równiutkie jak spod igły i nie zapaprane zaprawą. Konstrukcje dachów proste i solidne, a drewno – jak malowane. Nadproża najczęściej gotowe, prefabrykowane. Wokół czysto i porządnie: drewno w stertach, bloczki ułożone w pryzmy, żadnych lejów z błotem czy wapnem, żadnych „fruwających” arkuszy papy i folii – miło popatrzeć. Te budowy na Pomorzu robią wrażenie, jakby prowadzili je obywatele innego państwa, a prawie każda z nich mogłaby być wzorcowa. Kiedy oglądałem stany surowe bez śladu chałupniczego sztukowania czy łatania, nasuwała mi się myśl, że Pomorzanie są wyjątkowo zasobni finansowo.
Chyba jednak nie tu kryje się przyczyna takiego stanu rzeczy. W okolicach Warszawy, gdzie już ceny samych gruntów sięgają abstrakcji, domy budują najczęściej przebojowi yuppie, którym nie brakuje funduszy. W dodatku często czynią to nie z pobudek praktycznych (jak Gdańszczanie, dla których przez część wakacji domy są źródłem dochodu), ale prestiżowych. Mimo to co krok spotykam tu „pałace” w budowie, gdzie gołym okiem widać próby oszczędzania na zasadzie „uszczelniania szpary w oknie ciastem”. Podarte i połatane folie (w założeniu superszczelne), nadproża własnej roboty sztukowane deskami i kawałkami cegieł, zwykły drut zamiast stali zbrojeniowej itd. Wszytko krzywe i niechlujne, a o wyglądzie placów lepiej nie wspominać.
Po pierwsze, zimą nie muszę wychodzić, żeby ją otworzyć, tylko siedzę w cieplutkim samochodzie. Po drugie, jest bezpieczniej, bo nie trzeba zostawiać otwartego samochodu przed posesją na czas manewrowania przy zamku bramy. Złą stroną mojej automatyki jest jej głośna praca, co na dłuższą metę jest uciążliwe, ponieważ obok mam okno do kuchni. Poza tym, nie zamówiłem „awaryjnie” zamka na klucz i brama garażowa jest sterowana tylko pilotem. Czasem zdarza się, że zapomnę wymienić baterie i nie mogę dostać się do garażu. A baterie zużywają się zadziwiająco szybko.
Początkowo myślałem, że wilgoć pochodzi od sąsiadującego ze ścianą prysznica. Jego brodzik jest podniesiony na 20 cm, a uszczelniający go dookoła silikon wiecznie się wykrusza – sądziłem więc, że to pod brodzikiem zrobił mi się zapasowy „akwen”. Dopóki tenże grzyb nie pojawił się też na ścianie w salonie, odległej od brodzika o 8 m.
Dom w stanie surowym stawiali „Ziutek z kumplem” – niezależni, samorządni robotnicy, wypożyczeni od sąsiada. Teraz trochę żałuję oszczędności, bo jak się okazuje, chłopcy nie do końca wiedzieli, jak to się robi. Nie mam wprawdzie dowodów, ale wezwany na pomoc fachowiec stwierdził, że izolacja pozioma ścian (papa na fundamentach) musiała być ułożona niedokładnie, bez zachowania ciągłości. Ten sam człowiek polecił mi zrobić drenaż opaskowy, przy czym bardzo się dziwił, że go nie zaprojektowano.
Mój dom wybrałem z katalogu – tam nie miał piwnicy. Doprojektowała ją pani architekt wykonująca adaptację i projekt zagospodarowania działki. Moim zdaniem, to ona powinna umieścić w dokumentacji drenaż opaskowy, tym bardziej, że wiedziała na jaki grunt projektuje: ciężką jak beton glinę, bo taka jest u mnie i wszędzie w okolicy. Być może zresztą, gdybym zatrudnił porządną firmę, a nie mojego „Ziutka”, robotnicy sami zwróciliby mi na to uwagę i dziś nie miałbym kłopotów.
Drenaż mogę jeszcze oczywiście zrobić. Przymierzam się do tego, a na razie skuwam fragmenty tynku na ścianach i pokrywam środkiem grzybobójczym, choć na dłuższą metę to nie jest rozwiązanie. Problem w tym, że moja żona od razu po zakończeniu budowy zabrała się gorliwie za urządzanie ogrodu. Dom jest ciasno obsadzony dużymi już krzakami i pnączami. Niektóre rosną nawet w opasce wokół cokołu. Żeby ułożyć ten drenaż, musimy zniszczyć wszystko, czego się dochowaliśmy. Straszna szkoda!
My, „podmieszczuchy”, jesteśmy zwykle dumni ze swoich ogródków. Ja też mam ogród, nie pielęgnuję go przesadnie, właściwie poza podstawowymi czynnościami prawie nie poświęcam mu uwagi. A mimo to cieszy się wielkim uznaniem sąsiadów, widuję nawet samochody wyraźnie zwalniające przy moim parkanie. To wielka frajda, ale największą są oczywiście chwile spędzone na własnym kawałku zieleni.
Od kilku tygodni obserwuję zabawny proces. To walka, którą sąsiedzi toczą o trawniki, niekończąca się batalia z kretami (które tępią, choć kret jest u nas chroniony), mleczem, mchem i pozimowymi zniszczeniami. Trzeba przyznać, że ostatnia zima potraktowała miłośników trawników okrutnie. Trawa pod śniegiem popleśniała, wiosną pojawiły się brązowe albo łyse placki. Moja najbliższa sąsiadka, emerytka, jest w rozpaczy. Każdą wolną chwilę poświęca ogrodowi, który składa się głównie z trawnika (w ambicjach angielskiego).
Widziałem nawet, jak maluje listki mleczy herbicydem za pomocą pędzelka (!). Jej mąż kosi co 4 dni, co bywa dla nas uciążliwe. Poci się przy tym i narzeka, niezależnie czy jest ciepło, czy zimno, wieje czy jest flauta. Patrzę i myślę: co to za radość? Tym bardziej że ogromu włożonego wysiłku i tak nikt nie doceni, bo po prostu nie będzie miał okazji. Dzień lub dwa po zabiegach pielęgnacyjnych kret zrobi kilka nowych kopców, tydzień później wzejdą rozsiane przez wiatr kolejne mlecze. A zanim łyse placki zarosną, przyjdzie kolejna zima.
Jak widzę męczarnie moich (wielu) sąsiadów, to zastanawiam się, czemu nie przyjdzie im do głowy najprostsze rozwiązanie. Z przyrodą – w postaci kreta, mrozu i fruwających dmuchawców – nikt nie wygrał. Jedyna recepta na „ładny trawnik” to nie obsadzać go w roli pierwszoplanowej. Niech przyćmią go drzewa i krzewy, ale prawdziwe, nie karłowate.
Kiedy trawa będzie tylko dopełnieniem ogrodu, jej wygląd przestanie być taki ważny. Właśnie tak jest u mnie, tym zachwycają się przechodnie: ogrodem jak park albo fragment lasu, z pospolitymi, ale pięknie rozrośniętymi okazami drzew. Takim, który dostarcza wytchnienia, a nie wiecznego nudnego zajęcia.
Ale kiedy pytam tych, którzy moją działkę podziwiają, czemu u nich tak nie jest, słyszę w odpowiedzi: bo liście trzeba grabić, bo cienia za dużo. Liście, owszem, zagospodarowują nam 1–2 jesienne weekendy, ale to przecież ruch na świeżym powietrzu. A co do cienia, to kiedy przyjdą upały, sąsiedzi zamykają się w domach. A my siedzimy w ogrodzie, w cudownym cieniu naszych drzew. I nie przeszkadza nam, że trawnik pod kocem jest niedoskonały.
Jak tylko weszli, wyłapali nierówność spodniej powierzchni stropu – sporą, bo 4 cm w kuchni, która ma szerokość 3,45 m. Po prostu kuchnia w stanie surowym w jednym kącie była o te 4 cm niższa niż w drugim. Trzeba było coś z tym zrobić, bo w tym miejscu pod sufitem zaplanowaliśmy z żoną równy rząd szafek, od ściany do ściany, więc przy założeniu, że szafki zawisną poziomo, krzywizna sufitu nad nimi rzucałaby się bardzo w oczy.
Ponieważ mam klasyczne tynki cementowo-wapienne, panowie stwierdzili, że problem jest żaden – po prostu tynkiem w wyższym kącie bardziej „się podrzuci”. Po „podrzuceniu” warstwa tynku w tym miejscu ma na oko 7-8 cm grubości. Po roku tynk nie wytrzymał chyba własnego ciężaru i zaczął pękać. Tego lata mija drugi rok naszego urzędowania w domu i z niepokojem obserwujemy, jak rysy się wydłużają i pogłębiają – powoli ale systematycznie. Boimy się, że płaty tynku zaczną nam lada dzień lecieć na głowy. Zastanawiam się teraz, gdzie tkwił błąd.
Oczywiście w wykonaniu stropu. Ale kto by w zadaszonym domu przebudowywał zabetonowany strop? To nonsens. Co jednak można było zrobić? Może przykręcić od spodu stropu jakieś płaskie wyrównujące kliny? Albo powiesić szafki równolegle do krzywego sufitu. Tylko co z szafkami stojącymi? Krzywić pod nie podłogę, a potem przewracać się zawsze na lewo?
To żarty, ale tak poważnie przychodzi mi dziś do głowy jedno rozwiązanie: można było zrobić sufit z gips-kartonów, mocując je z jednej strony kuchni na jakiś dystans. Tylko czemu moi tynkarze mi tego pomysłu nie podrzucili? Ano dlatego, że oni gips-kartonów nie wykonują, więc ubyłoby im 75 m2 zlecenia (płyty trzeba by było położyć na całym suficie parteru, bo to jedna połączona przestrzeń). Chyba jednak będą musieli opanować nową technologię, bo planuję reklamować tynki, a tym razem na żadne „podrzucanie” już się nie nabiorę.
Komin bez ocieplenia powodował wręcz przegrzanie pomieszczenia, przez które przechodził, więc uznałem, że komin z ociepleniem akurat dogrzeje takowe pomieszczenie. Przeliczyłem się.
Komin z ociepleniem jest ledwie letni nawet po długim paleniu w kominku, co z pewnością jest jego zaletą, ale w moim przypadku założenia o dogrzewaniu pokoju kominem, delikatnie mówiąc, nie sprawdziły się. Muszę dorobić w tym pokoju kratkę nawiewną (na szczęście jest to możliwe).
Również wiatrołap przylegający do komina miał trochę ciepła z niego czerpać. Efekt... jak wyżej.
Wniosek: komin z ociepleniem jest rozwiązaniem ze wszech miar dobrym, aż za dobrym. Chyba warto na etapie jego budowy przewidzieć, w której części ma być on również „zapieckiem” i pozbawić go na tym odcinku ocieplenia (albo zrobić je np. z cieńszej warstwy wełny). Nie wiem co na to eksperci, ale następnym razem tak zrobię.
Ekspert radzi
Ocieplenie kanału dymowego z kominka nie jest konieczne, gdyż wysoka temperatura spalin zapewnia z reguły wystarczający ciąg kominowy i zapobiega wykraplaniu się pary wodnej. Emitowane z komina ciepło zwiększa też efektywność ogrzewania kominkowego. Jedynie w kominach przebiegających w ścianach zewnętrznych warto je ocieplić od strony zewnętrznej, co zapobiegnie nadmiernemu wychłodzeniu spalin.
W opisanym przypadku zamiast ocieplenia wkładu, można było obudować komin warstwą cegły, co z jednej strony zmniejszyłoby intensywność ogrzewania, a z drugiej wpłynęło na stabilność ogrzewania, gdyż obudowa ceglana akumulująca ciepło, oddawałaby je również po zakończeniu palenia w kominku.
Z perspektywy 7 lat (wtedy zaczynaliśmy naszą pierwszą budowę) widzę, że największy problem budujących, to nie tyle brak wiedzy technicznej, ile to, że poświęcają swój czas i uwagę nie tym zagadnieniom, którym trzeba i warto. Co tu kryć, my zrobiliśmy ten sam błąd.
Rzeczy najważniejsze uznaliśmy za drugorzędne i odfajkowaliśmy w sposób automatyczny. Tak było z projektem: różnicę pomiędzy ceną typowego a robionego na zamówienie uznaliśmy oboje za tak wielką, że nie było się nad czym zastanawiać. Przecież w każdym kiosku znajdziemy 5 katalogów, a w każdym z nich po 50 projektów. A w rzeczywistości ta różnica, to zaledwie kilka tysięcy złotych.
I dziś żałujemy, że wtedy ich pożałowaliśmy. Każdy pieniądz jest coś wart, ale w porównaniu z kosztami całej budowy, cena projektu indywidualnego to śmiech, a korzyści ogromne. Przede wszystkim jest czas do namysłu, bo jak siedzi się z architektem nad rysunkami, wspólnie zastanawia i ustala szczegóły, to docierają do człowieka rzeczy, których inaczej by sobie nie uświadomił. Na przykład to, że ściana trójwarstwowa wcale nie jest droższa od dwuwarstwowej, a za to cieplejsza i trwalsza. Te kilka tysięcy różnicy (znowu!) zwróci nam się po dwóch, góra trzech sezonach.
Albo, że jak przerabiamy garderobę na pralnię (tak zrobiliśmy), to trzeba dodać w niej wentylację. W tej chwili mamy spleśniałe gipskartony wokół okna w pralni (tam, gdzie wykrapla się para w zimne i mokre dni). Koszt wymiany poszycia ścian, a może i okna, bo zaczyna się paczyć, będzie poważny, a i techniczny kłopot związany z tym, niemały. Dołożenie w swoim czasie kanału wentylacyjnego na pewno byłoby tańsze. A gdyby architekt przy projektowaniu mojego domu o takim kanale zapomniał, to dziś wiedziałbym do kogo iść po pieniądze na remont pralni.
Dobry fachowiec na pewno przekonałby mnie, że sypialnie nie muszą być wielkie, tylko ustawne. Mamy dwa olbrzymie pokoje na poddaszu (po 25 m2 każdy), ale pod ostrymi skosami. I okazuje się, że jedyne miejsce odpowiednie na biurko jest zajęte przez kaloryfer i okno balkonowe. W dodatku dodaliśmy po dwa okna połaciowe (za dużo – teraz latem jest za gorąco), a pod nimi dorzuciliśmy po grzejniku. I w ten sposób zajęliśmy nawet miejsce na niskie łóżko. Pokoje są wielkie, niedogrzane i trudne do umeblowania, a my prawie w nich nie przebywamy.
Oszczędzaliśmy też na wykończeniu. Żona znalazła glazurnika tańszego o połowę niż ci z rynku (25 zł za metr). Wtedy się cieszyliśmy, nawet widząc, jak partaczy. Myśleliśmy: „jak będziemy mieć pieniądze, zrobimy łazienkę od nowa”. Tymczasem teraz zdecydować się na taką rewolucję trudno, a facet naprawdę spaprał co mógł. Na podłogę i ściany kupił inny odcień bieli, fugi rozfalował, kafelki poprzycinał krzywo. Wygląda to tak, jakbym ja sam robił tę łazienkę, i to po sześciu piwach. Dziś myślę, że gdybym miał płacić ratę kredytu wyższą nawet o 100 zł, a mieć łazienkę w wysokim standardzie, to nie wahałbym się ani chwili.
Są takie rzeczy, których już nie naprawimy, np. za głęboko osadzone okna, dzięki czemu mamy dziś wokół każdego z nich mostki termiczne , bo zimno wnika przez glify, ocieplone tylko 2-centymetrową warstwą styropianu. I właśnie dlatego budujemy nowy dom. Nad projektem już od pół roku pracuję sam z młodą parą architektów i wcale nam się nie śpieszy. To kosztuje, ale nie żałujemy tych pieniędzy. Już teraz widać, ile zaoszczędzimy dzięki ich wyobraźni i własnemu doświadczeniu. Dom będzie mniejszy, za to powierzchni gospodarczej więcej. Kto wymyślił te 4-metrowe kotłownie (zwróćcie uwagę: takie są w większości projektów katalogowych!)?
Reasumując: na pewno zaoszczędzimy trochę na metrażu i „efektach specjalnych”. Na pewno nie będziemy oszczędzać na koncepcji i wykończeniu. Bo za to się za dużo płaci.
Tu się zbije, tam nadrzuci...
Nie mając pojęcia o „budowaniu” przestudiowałam dokładnie projekt, żeby wiedzieć, co i jak. Jakie było moje zdziwienie, gdy wykonawca poinformował mnie: na tym terenie nikt nie robi ław. Stanęło więc na tym, że nie robimy ław, tylko szersze ściany fundamentowe. I naprawdę nie wiedziałam, w co się pakuję...Fundamenty zostały wylane bezpośrednio do ziemi – bez żadnego deskowania i bez izolacji (oprócz izolacji poziomej z papy termozgrzewalnej na murze fundamentów). Gdy za jakiś czas wybrano ziemię pod piwnicę, wyszły na jaw nie lada „dziwy” w ścianach. Wpadłam w panikę! – Jak to pan teraz wyrówna? – zwróciłam się do wykonawcy.
– Niech się pani nie martwi (to od niedawna moje ulubione powiedzonko!) – zbijemy to młotem pneumatycznym, a ściany wyrównamy cegłą na płasko albo nadrzucimy zaprawą – odpowiedział. Na zdjęciu – dowód niedoświadczenia i niedopytania (bardzo wnikliwego) oraz wiary w to, że wykonawca, który buduje cztery domy rocznie, wie co robi. Efekt? Ściany piwnicy są niezaizolowane i krzywe. Oj! Czy tak się buduje w XXI wieku? Panowie fachowcy – naprawdę wiele rzeczy potraficie s...
Kapryśne szalunki
|
![]() |
A jaki jest, wiadomo było od początku. Wykop w gruncie był robiony ręcznie. Beton został zamówiony w betoniarni wraz z pompą, i mimo że wylewano go dość wolno, napór betonu pokrzywił szalunki i je rozszczelnił. Nam pozostały krzywe ściany fundamentowe, które wykraczają poza obrys domu, a ściany zewnętrzne są wyższe od wewnętrznych.
Formalny kierownik
Nawet nie przypuszczaliśmy, że tak ciężko jest znaleźć kierownika budowy, który oprócz przystawienia pieczątki, będzie rzetelnie uczestniczył w pracach budowlanych. Rozesłaliśmy przez znajomych wici – zapytali wielu, ale każdy odpowiadał, że formalnie może przyjąć taką funkcję, lecz na doglądanie budowy nie ma czasu.A nam jest potrzebna ich wiedza, a nie tylko uprawnienia! Toż to raj dla partaczy i pożywka do powstawania błędów budowlanych w obliczu bezradności inwestora . Może warto zrobić ranking prawdziwych kierowników?
Nie było mowy o drenażu
Budujemy z żoną dom z piwnicą. Grunt, na którym zaczęliśmy budowę jest nieprzepuszczalny (glina, iły). Ściany fundamentowe zostały wykonane z bloczków betonowych z lekką izolacją przeciwwilgociową (izolacja pionowa). Izolację poziomą ław fundamentowych tworzą dwie warstwy papy asfaltowej na lepiku.Niestety, nie zostaliśmy uprzedzeni, że popełniamy błąd, nie wykonując drenażu wokół domu. Po większych ulewach woda gruntowa powoduje zawilgocenie ścian fundamentowych (zarówno ścian zewnętrznych, jak i wewnętrznych). Teraz wiem, że należało wykonać drenaż opaskowy domu: wymienić grunt na przepuszczalny tuż przy budynku.
Inspektor wie lepiej?
Fundament naszego domu został ocieplony od wewnątrz budynku. Przed wykonaniem prac długo zastanawialiśmy się (razem z wykonawcą i inspektorem budowlanym), jak to zrobić. Wyraźnie można było rozróżnić dwie szkoły: ocieplania od strony zewnętrznej i od wewnątrz.Zwyciężyła ta druga – inspektor pokazał nawet normy z rysunkami i stwierdził, że jednak fundament ma być ocieplony od wewnątrz i tak zostało zdecydowane. Aczkolwiek jest to bez sensu – teraz to wiemy. Wykonawca nr 2, który robił stan surowy bez fundamentu od razu powiedział, że ocieplenie wewnątrz jest bezsensowne i wytłumaczył dlaczego. I tak powinna wyglądać praca bez fuszerki, nie tylko wykonawstwo, ale i fachowa porada przy okazji!
Stopień z premią
Podczas szalowania podłogi pod wylewki podłogowe na poddaszu ekipa posadzkarzy uprzedzała mnie, że ostatni stopień schodów będę miał wyższy niż pozostałe o około 10-11 cm! Niestety, schody zostały wylane bez uwzględnienia grubości wylewki podłogowej na poddaszu . Cóż było robić, miejsca na kolejny stopień nie było, a ten ostatni – prawie 30-centymetrowy – nie pasował, a wręcz był nawet niebezpieczny.Postanowiłem ponadlewać pozostałe stopnie schodów tak, aby miały wszystkie jednakową wysokość. Nieszczęsne 10 cm rozłożyło się na 8 stopni. Różnice prawie niezauważalne, gdyby nie marudzenie stolarza przygotowującego drewniane nakładki na schody. A można było temu zapobiec, patrząc na sposób szalowania podczas wylewania i zbrojenia schodów, a raczej ostatniego, najwyższego segmentu schodów.
Nieopłacalna znajomość
Ściany mojego domu są z bloczków betonu komórkowego . Zakupiłem więc do bloczków ciepłą zaprawę, od razu na dwie kondygnacje. Zleciłem wymurowanie I kondygnacji znajomemu murarzowi. Okazało się, że mój fachowiec na tę jedną kondygnację zużył całość zaprawy!!! Na dodatek wyszło na jaw, że do ciepłej zaprawy dodawał piasek i cement! Zamiast zalecanej grubości zaprawy 5-10 mm jest 25-30 mm!!! Na pytanie, dlaczego tak zrobił – odpowiedział, że tak lepiej się muruje i był oburzony kwestionowaniem jego fachowości. Do wymurowania II kondygnacji zatrudniłem murarzy z ogłoszenia: wymurowali trzy razy szybciej, zgodnie z zaleceniami i taniej!
Odwrotne podejście
Okazało się, że pokryty papą dach naszego budynku jest miejscami nieszczelny i po prostu przecieka. Zawołany na pomoc dekarz dokonał naprawy. Jednak po kilku miesiącach, w tym samym miejscu, dach zaczął znowu przeciekać. I co się okazało po naocznych oględzinach? Otóż dekarz ułożył wcześniej pokrycie z papy z zakładem... „do góry”! Nic dziwnego, że woda spływająca po dachu bez trudu przedostawała się pod nowe warstwy papy.Powinna była ustać
Już się cieszyliśmy, że w końcu zaczną wyrastać ściany naszego domu. Murarze postawili ścianę zewnętrzną na wysokość ok. 1,5 m, ale nie stawiali jednocześnie pozostałych 3 ścian domu. W nocy ściana ta przewróciła się na skutek... podmuchu wiatru.Racja mniejszości
Aktualnie borykamy się z oczyszczalnią (POC). W projekcie mamy zapisaną z drenażem, ale okazało się, że na głębokości 5 m jest glina. Dobrze, że nie zleciliśmy prac, zanim nie zrobiliśmy rozeznania u kilku wykonawców . Pięciu, w ciemno chciało robić oczyszczalnię z drenażem, tylko 2 firmy postawiły sprawę jasno – albo biologiczna, albo szambo. Gdybyśmy się przychylili do zdania większości, po roku nasza oczyszczalnia już by nie działała.Nie chciał tylu!
Dekarz „zaoszczędził” około 1/3 zakupionych przez nas dachówek bitumicznych . Pomyślałby ktoś, że to bardzo dobrze. Ale drugą stroną tego medalu są: nieszczelny, wiecznie cieknący przy deszczu i podczas roztopów dach, i zmagazynowanych kilka palet niepotrzebnych dachówek. A dekarz – poprzez rzadkie ułożenie warstw, przez co nie nachodziły na siebie, tylko się o siebie zazębiały – oszczędził... sobie pracy.Cementowa odmiana sklerozy
Do wykonania wylewek podłogowych zatrudniłem „sprawdzoną” ekipę, poleconą mi przez znajomego. Cena za robociznę mnie satysfakcjonowała, a robota poszła sprawnie i bez „zgrzytów”. Było idealnie przez około 1,5 tygodnia. Bo wtedy na drugim piętrze (w sypialni) dosłownie rozsypała się posadzka. Znajomy murarz rzucił okiem na tę katastrofę i stwierdził rzeczowo, że panowie zapomnieli do betoniarki wsypać... cementu.Gdybym to wcześniej wiedział
Błąd ten wykryłem dopiero po dwóch latach, gdy na płycie gipsowo-kartonowej wykończonego poddasza pojawiła się wilgotna plama. Diagnoza – brak przerwy na szczycie dachu w folii paroprzepuszczalnej oraz brak dachówek wentylacyjnych na połaci dachu pokrytej dachówką cementową. Te błędy spowodowały, że u szczytu dachu zbierała się para wodna, która skraplała się i częściowo zawilgociła ocieplenie poddasza.Na krokwiach u szczytu pojawiła się już nawet biała pleśń. Leczenie – usunąłem gąsiory, wykonałem przerwę w folii paroprzepuszczalnej u szczytu dachu, ponadto uzupełniłem połać dachu o dachówki wentylacyjne. Problem zginął w przeciągu kilku dni!
Metoda lekka, a kto lekkoduch?
Budynek ma już kilka lat, ale elewacja wykonana została dopiero 3 lata temu – metodą lekką-mokrą (styropian + tynk cienkowarstwowy mineralny). Po 2 latach zaczęły pojawiać się na elewacji miejscowo pęcherze powietrza pod tynkiem, a w chwili obecnej, na wysokości cokołu, tynk z siatką zbrojąca odkleja się całymi fragmentami. Po oględzinach już wiadomo, że wykonawca, zamiast „zatopić” siatkę zbrojeniową w zaprawie klejowej na całej powierzchni styropianu, przykleił ją na placki (tak jak przy klejeniu płyt styropianowych do muru). Na dodatek nie zamocował listwy startowej na cokole.
Patentu odmawiamy
Zdjęcie przedstawia „nowy” sposób kotwienia murłaty. Dojście do tego „wynalazku” okazało się bardzo proste – podczas zalewania betonem wieńca fachowcy zapomnieli o kilku kotwach. Chcąc ukryć ten bubel, część z nich umocowali bezpośrednio pod pustakami , dodatkowo mocując bednarkę. W prostocie aż genialne.
W krzywym zwierciadle
W największym pokoju (reprezentacyjnym salonie) zaplanowaliśmy sufit z wystającymi, obudowanymi belkami. Miało być tak elegancko i oryginalnie, a jest... Rozmieszczenie przez dekarzy belek na suficie najwyższej kondygnacji w domu jest niejednakowe. Belki, nie dość że są różnej szerokości, to jeszcze w różnej odległości względem siebie, a na dodatek niektóre z nich powykrzywiały się. Niektóre belki (te, które się poskręcały) musiały zostać szerzej obudowane, aby zniwelować ich krzywiznę. Szkoda słów – zdjęcie mówi samo za siebie.
Opracowanie ankiet i tytuły – redakcja BD
Zdjęcia: autorzy opowieści
W starym domu miałam antywłamaniową stolarkę, trzy strefy alarmowe , syreny połączone z odstraszaniem kurtynami światła itd. Mąż zainstalował nowoczesny system podczas generalnego remontu, po którym mieliśmy zostawić dom synowi, a sami przeprowadzić się do budowanego, niewielkiego kanadyjczyka. Włamanie, które przeżyłam uświadomiło mi, że zabezpieczenie domu jest nic nie warte, jeżeli nie uzbroi się odpowiednio terenu.
Pewnego popołudnia wysiadłam z samochodu żeby otworzyć ręcznie bramę, ponieważ jej automat się zepsuł. Włamywacz podszedł do mnie z bronią i w rezultacie sama wprowadziłam go do mojego super-strzeżonego domu. Na nieszczęście był tam również mój syn. Przeleżeliśmy na podłodze prawie godzinę, z młodocianymi bandytami buszującymi po domu, a potem jeszcze dwie – aż do powrotu mojego męża.
Od tamtej pory inaczej myślimy o bezpieczeństwie. Przede wszystkim należy nie dopuścić włamywacza do domu. Trzeba zatrzymać go przy ogrodzeniu, ostatecznie już na terenie posesji, wystraszyć, zniechęcić. Jeżeli już włamywacz dostanie się do domu, w którym są jego właściciele, to najlepiej spokojnie dać mu się okraść. Wiem, jak agresywnie i nerwowo zachowują się tacy złodzieje, i myślę, że w przypadku gdyby alarm włączył się w domu i ich dodatkowo wystraszył, mogliby stać się naprawdę nieobliczalni. A średni czas przyjazdu powiadomionej ochrony, to w dalszym ciągu jakie 10-12 minut. W tym czasie może się wydarzyć naprawdę wszystko.
Dlatego dla mnie dobry alarm, to taki, który nie pozwala podejść do domu i tu należy inwestować najwięcej środków i energii.
Jeden pokój, drugi pokój, trzeci pokój, kuchnia. I tu, już pod koniec remontu zdarzyło się nieszczęście. Żona wybrała baterię sztorcową, zamówiła, kupiła. Patrzymy, sterczą na dole dwie rurki z obrączkami zaciskowymi. Instalacja wodna wykonana jest z polipropylenu i prowadzona po ścianie. Mocowana jest na stałe w odległości kilkudziesięciu centymetrów od miejsca, gdzie należy odłączyć baterię (więc końcówka rury jest w niewielkim stopniu ruchoma).
Nie zastanawiając się wiele, podłączyłem baterię do rur, sprawdziłem szczelność i zacząłem remont łazienki. W międzyczasie odwiedził nas mój teść, pokręcił nosem, że on by tak nie mocował. Ale on słynie z czarnowidztwa i wynajdowania dziury w całym... Niewiele się przejąłem. Do czasu. Któregoś dnia, kilka tygodni później, zadzwonił sąsiad do żony do pracy, z informacją, że w naszym domu woda wypływa ze ściany zewnętrznej i płynie po niej dużym strumieniem. Okazało się, że puściło to, przed czym przestrzegał mnie teść – połączenie baterii z instalacją.
Moja pewność siebie kosztowała nas wymianę fragmentów podłóg w dwóch pokojach, trzech szafek kuchennych (zniszczyły się od oparów – bo puściło połączenie wody gorącej) oraz lodówki, w której nastąpiło zwarcie. Żałowałem tylko, że nie mieliśmy większego spadku podłogi w kuchni w stronę okna – może przynajmniej nowa podłoga w obydwóch pokojach byłaby uratowana?
Okazało się, że zostaliśmy oszukani przez wykonawcę, który tak naprawdę wcale nie znał się na budowaniu, a tylko wymyślił sobie sposób na łatwe pieniądze. Wykonawca zobowiązał się, że stan surowy zamknięty naszego domu postawi w pół roku, za 100 tys. zł (w tym koszt materiałów). Dom miał mieć 120 m2 powierzchni użytkowej.
Po roku oddał nam budynek, do którego wmiędzyczasie musieliśmy dołożyć jeszcze 60 tys. zł – tłumaczył to koniecznością kupienia specjalnej zaprawy ciepłochronnej, nadproży i innych techniczne zaawansowanych materiałów. Oczy nam się otworzyły, kiedy w gazecie przeczytaliśmy, że za kwotę 160 tys. można postawić dwa takie domy.
Budynek postawiliśmy jednowarstwowy z betonu komórkowego. Po wizycie fachowców okazało się, że spoiny między bloczkami mają po 15-18 mm, a powinny mieć 3 mm. W niektórych miejscach zaprawy nie ma w ogóle, tylko są prześwity na przestrzał. Ściana szczytowa została postawiona „na słowo honoru” – zupełnie oddzielnie od reszty budynku, a łączyła się z nim jedynie na zaprawę między stropem a ustawioną na nim pierwszą warstwą bloczków. Podobnych błędów na budowie było kilkadziesiąt.
Specjaliści poradzili nam, aby „bubla” zostawić, ponieważ większości niedoróbek nie da się już poprawić lub będzie to kosztowało tyle, co postawienie domu od nowa. Sprawa o zwrot pieniędzy, rozbiórkę i usunięcie budynku oraz odszkodowanie jest nadal w sądzie. Na szczęście mamy na wszystko umowy z wykonawcą. Nadal mieszkamy w bloku i na razie nie planujemy drugiej budowy.
Ta lekcja budownictwa nauczyła nas jednego – mimo przekonania, że postawienie stanu surowego jest najłatwiejszą częścią budowy, trzeba się do tego porządnie przygotować. Zresztą, kiedy jeździmy po kraju, to widzimy liczne niewykończone domy, myślimy, że nie tylko my polegliśmy na etapie ścian.
Zmieniłam stolarkę, pokrycie na dachu, kocioł i grzejniki, podłogi, ścianki działowe, odnowiłam elewację, dodałam daszki i ogromny taras. Podczas tego remontu, wielu wykonawców zwracało mi uwagę na to, abym „wyremontowała” instalację elektryczną, która nie dość, że jest przestarzała, to jeszcze robiona jakimś zupełnie amatorskim sposobem. Mówili mi o tym glazurnicy, doradca techniczny od ogrzewania, elektryk, który podłączał kuchenkę.
Byłam tak zmęczona remontem i zirytowana kosztami, że nie chciałam nawet słuchać o kolejnych przeprawach, kuciu ścian, kupowaniu urządzeń i kilku tysiącach zbędnych – tak wtedy uważałam – kosztów. Sprawę zaniedbałam trochę z próżności: poprawionej instalacji nie byłoby przecież widać, a w tej samej kwocie mogłam kupić wygodny komplet kanap do salonu.
Na skutki własnej głupoty nie musiałam długo czekać. Podczas jednej z czerwcowych burz, w trakcie nagłego „suchego” wyładowania atmosferycznego , w domu zgasło światło. Po włączeniu prądu, okazało się, że zniszczyło się kilka nowych sprzętów m.in. telewizor, blat od kuchenki, piekarnik, dwa bezprzewodowe telefony. Straty wyceniam na ok. 8,5 tys. zł.
Wykupione przeze mnie standardowe ubezpieczenie domu, nie obejmuje takiego wydarzenia. A urządzenia, mimo że każde ma własne, wewnętrzne zabezpieczenia, nie zostaną naprawione na podstawie gwarancji, ponieważ moja instalacja elektryczna nie miała zainstalowanych żadnych ograniczników przepięć, chociaż – dowiedziałam się tego przy okazji – ich obecność jest dyktowana obowiązującymi przepisami.
Wydawałoby się, że po szkodzie, jakiej doświadczyłam, zmądrzeję i natychmiast zajmę się usprawnieniem i zabezpieczeniem mojej instalacji. Ja tym czasem odkupuję stracony sprzęt AGD i RTV i łudzę się, że w najbliższej przyszłości przy następnej burzy nic złego mnie nie spotka, bo chyba limit wyładowań na jeden dom już mi się wyczerpał? A poważnie, to zleciłam dobremu elektrykowi plan i kosztorys remontu instalacji. Mam już naprawdę dosyć biegania po budynku przed każdą potencjalną burzą czy przed wyjściem do pracy i wyłączania wszystkich urządzeń z gniazdek. To zupełnie odbiera mi radość z posiadania własnego domu.
– Znalezienie dobrej firmy zapewniającej kompleksową obsługę związaną z zainstalowaniem pompy ciepła nie było sprawą prostą – mówi Piotr. – Kontaktowałem się z kilkoma przedsiębiorstwami, ale dopiero firma z siedzibą w Poznaniu podeszła do sprawy naprawdę kompleksowo. Nasza współpraca rozpoczęła się od wykonania dokładnych pomiarów na działce. Później przyszedł czas na projekt oraz kosztorys.
Wykonawca znalazł też bardzo atrakcyjną ofertę na pompę szwedzkiej firmy NIBE. Wybór tego, a nie innego producenta, to zresztą w sporym stopniu zasługa cyklu artykułów ukazującego się w miesięczniku „Budujemy Dom”. Ostatecznie przekonała mnie wizyta w Austrii. Stwierdziłem tam bowiem, że produkty NIBE montuje się tam częściej niż na przykład pompy ciepła OCHSNERA.
Wspólnie z wykonawcą zdecydowaliśmy o zastosowaniu 300 metrowego kolektora poziomego leżącego w czterech rzędach na standardowej głębokości 1,85 – 1,9 m. Grunt na działce jest gliniasty, co sprzyja zastosowaniu pompy ciepła. Niestety nie jest on zbyt mokry, ale i na to firma wykonawcza znalazła sposób. Woda opadowa odprowadzana jest z dachu do kolektora i będzie w ten sposób wspomagać cały system.
Odległość pomiędzy poszczególnymi „nitkami” rury kolektora wynosi 1,5 m. Prace instalacyjne są jednak wykonane w taki sposób, iż istnieje możliwość ułożenia dodatkowego odcinka, gdyby po pierwszym sezonie okazało się że istniejąca długość nie jest wystarczająca. Zimy są w tym rejonie kraju dosyć łagodne, a dom nie jest wielki (150 m2), istnieje więc duża szansa, że ułożony kolektor spełni swoje zadanie.
Dom jednorodzinny z użytkowym poddaszem ma konstrukcję całkowicie drewnianą. Został wzniesiony z bali modrzewiowych docieplonych wełną mineralną. Dzięki temu ma naprawdę niezły współczynnik przenikania ciepła, na poziomie około 0,16 W/m2K. Nie sądzę więc, aby pojawił się problem dyskomfortu cieplnego. Myślę raczej, że przy temperaturze na zewnątrz -10 st. C będę zmuszony przykręcać ogrzewanie.
Poza tym, jeśli nawet zdarzy się jakiś krótki okres naprawdę srogiej zimy, to istnieje możliwość dogrzania pomieszczeń kominkiem. Moc zainstalowanej pompy ciepła wynosi 8 kW. Można w tym miejscu wspomnieć, że jedna z firm, wśród których prowadziłem rozeznanie, „na dzień dobry” zaproponowała mi znacznie dłuższy kolektor (450 m) i pompę o mocy 10 kW. Pierwszy rozruch instalacji nastąpi jesienią tego roku.
Czekam już tylko na zainstalowanie grzejników na poddaszu. Zdecydowałem się bowiem na pewien kompromis. W pomieszczeniach parterowych zleciłem wykonanie ogrzewania podłogowego z wykorzystaniem rur firmy REHAU. Przewymiarowane kaloryfery wydawały mi się bowiem mało estetyczne we wnętrzach pełniących w domu funkcje reprezentacyjne. Natomiast poddasze, gdzie znajdują się sypialnie, znacznie łatwiej i taniej było zaopatrzyć w grzejniki.
Cała inwestycja zamknie się kosztem około 60 tysięcy złotych. Sama pompa kosztowała 24,6 tys. Mówiąc o kosztach mam na myśli zamontowanie urządzenia wraz z rozdzielaczem oraz pozostałymi składnikami zapewniającymi obsługę pompy, a także wykonanie kolektora, ułożenie i zalanie jastrychem ogrzewania podłogowego oraz montaż grzejników.
Kiedy moi znajomi dowiedzieli się, że postanowiłem wykorzystywać do ogrzewania domu pompę ciepła, byli bardzo zdziwieni. Usłyszałem masę krytycznych zdań o moim pomyśle. Przeważnie straszono mnie, iż zimą będę szczękał zębami w chłodnym domu i sugerowano zamontowanie normalnego pieca.
Mówiono również, że będę zużywał ogromne ilości energii elektrycznej. Tymczasem ja wierzę, że obliczenia wykonawcy są rzetelne i moje roczne koszty zamkną się sumą 1000-1200 złotych. Oczywiście amortyzacja instalacji rozłoży się na wiele lat, ale uważam, że było warto. (mż)
– Początkowo wściekałem się, gdy kolejne ekipy zatrudnione na budowie marnowały czas, pieniądze i materiały. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego płacąc ciężkie pieniądze, muszę znosić radosną twórczość najzwyklejszych w świecie partaczy. Czasami aż zatykało mnie ze złości, a ciśnienie rosło mi tak, że wolałem go nie mierzyć, żeby się nie przestraszyć – mówi spokojnym tonem Ryszard z Warszawy.
Milknie na krótką chwilę, a potem dodaje: – Dopiero, gdy po kolejnej wizycie na budowie naszego domu, żona musiała zawieźć mnie do szpitala... Wtedy coś we mnie pękło. Przekroczona została jakaś granica. Od tamtego czasu nic, ani nikt nie jest już w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Śmiechem skwitowałem nawet faceta, który podjął się tynkowania naszego garażu, chociaż jak się później okazało, nigdy w życiu wcześniej tego nie robił.
Rodzina z kawalerki
Renata i Ryszard mieszkają z dwiema córkami w Warszawie na Bielanach. Kawalerka, którą zajmują nie ma nawet czterdziestu metrów. Wchodzący w jej skład pokoik pełni rolę gabinetu, małżeńskiej sypialni, a także salonu i przestrzeni dziecięcych zabaw. Bardzo trudno jest żyć w permanentnym tłoku, nawet jeśli tworzą go najbliżsi. Dla Ryszarda oraz jego żony od dawna było jasne, że bez znalezienia większego lokum z roku na rok będzie coraz gorzej.Jedynym ich problemem było tylko to, czy wybrać gotowe mieszkanie w Warszawie, czy też zdecydować się na budowę domu w okolicach miasta. Ostateczną decyzję podjął za nich rynek stołecznych nieruchomości. W pewnym momencie ceny mieszkań w blokach i apartamentowcach zaczęły bowiem rosnąć tak gwałtownie, że niebezpiecznie zbliżyły się do granic absurdu.
– Rozważaliśmy kupno mieszkania w okolicach Ursusa, ale jak przyjrzeliśmy się dokładnie cenom, a potem przekalkulowaliśmy wszystkie za i przeciw... Doszliśmy do wniosku, że rozsądek przemawia za tym, aby zbudować dom. Ceny były porównywalne, a przecież nikogo nie trzeba przekonywać, że mieszkanie na wsi ma wiele cudownych stron. Jedną z nich jest bliski kontakt z przyrodą. W każdej chwili można wyjść do ogrodu, albo na spacer do lasu – wyjaśnia Ryszard, a następnie stwierdza: – Zdecydowaliśmy się więc na budowę domu i narzuciliśmy sobie tylko jedno ograniczenie – dom musiał stanąć na lewym brzegu Wisły. Docieranie do tej części miasta przez mosty to koszmar, który bardzo trudno jest opisać komuś, kto nigdy go nie przeżył.
Oboje z żoną nie chcieliśmy marnować życia w korkach, dojeżdżając codziennie do pracy. Szukaliśmy odpowiedniej działki przez ponad dwa lata. Nie było łatwo! Jak już któraś nam się spodobała, to przeważnie była za droga. A kiedy i cena okazywała się przystępna, to wkrótce wychodziło na jaw, że teren ma tylu właścicieli, iż załatwienie spraw formalnych może ciągnąć się przez najbliższe dziesięć lat. W końcu jednak udało się! Pewnego dnia żona pojechała obejrzeć działkę w gminie Czosnów. Od razu jej się spodobała. Kiedy mnie tam zawiozła, także dałem się oczarować. Okolica była piękna i co ważne działka leżała nieco na uboczu. Dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłem. Przecież gdybym chciał mieszkać w tłoku, to wybrałbym blok w mieście.
Było lato 2006 roku – czas załatwiania formalności związanych z kupnem ziemi i szukania banku, który udzieli kredytu na budowę domu. Jesienią wszystko było już pomyślnie załatwione. Okazało się jednak, że były to... miłe złego początki.
Budowlaniec i suporeks – towary deficytowe
– Szczęśliwi są ci, którzy widzą jak ktoś im buduje dom i nie znają się na tym – stwierdza ponurym tonem Ryszard. – Niestety los sprawił, że miałem okazję pracować kiedyś na budowie. Mam też sporo wiedzy teoretycznej. Dlatego, kiedy patrzyłem jak kolejne ekipy bezlitośnie partolą nasz wymarzony dom, to najpierw chciało mi się płakać, a później już tylko śmiać.Jesienią 2006 roku Renata i Ryszard uzyskali kredyt, wybrali projekt, a także podjęli szereg decyzji dotyczących materiałów oraz technologii. Ostatnim etapem był wybór ludzi, którzy od wiosny kolejnego roku mieli zacząć materializować ich marzenie o małym domku na wsi. Stan surowy otwarty miał być dziełem ekipy, która wybudowała dom znajomym Renaty i Ryszarda. Budowlańcy byli solidni, szybcy oraz co niezwykle ważne, pracowali za rozsądną cenę.
– Siedząc przy wieczerzy wigilijnej święcie wierzyłem, że kolejne Święta Bożego Narodzenia spędzimy już we własnym domu – wspomina Ryszard. – A potem skończył się rok 2006 i mój optymizm został wystawiony na ciężką próbę. Mówiąc krótko – zaczęły się schody.
W lutym szef ekipy zwrócił Ryszardowi zaliczkę i poinformował, że jedzie ze swymi ludźmi na Zachód. Doszli do wniosku, że tam mogą zarobić więcej, szybciej oraz mniejszym nakładem sił. Ponieważ prace budowlane miały rozpocząć się w kwietniu, czasu na znalezienie nowego, doświadczonego zespołu nie zostało zbyt wiele.
– Większość wykonawców była gotowa podjąć się pracy, ale... za dwa lata – wspomina Ryszard. – Poza tym po raz kolejny potwierdziło się, że w naszym kraju należy kupować nie wtedy, kiedy się potrzebuje, ale wtedy kiedy tylko dostrzeże się potrzebny towar.
Okazało się, że wizja Polski jako kraju w miarę stabilnych cen jest absolutną mrzonką. Za owo fałszywe oraz zdecydowanie zbyt optymistyczne wyobrażenie przyszło Renacie i Ryszardowi sporo zapłacić. W 2006 roku materiały budowlane były dostępne w bogatym wyborze oraz po rozsądnych cenach. Małżonkowie naiwnie sądzili, że to stan normalny, a co ważne trwały. Nie zanosiło się przecież na wojnę, ani na załamanie gospodarki.
Uważali, że zamiast płacić za składowanie, kupią materiały wiosną, opracują harmonogram dostaw i jeszcze uzyskają rabat w hurtowni, z którą dokonają transakcji. Rzeczywistość wzięła jednak do ręki kij bejsbolowy i całkowicie zdemolowała te piękne plany. Kiedy Renata i Ryszard chcieli rozpocząć zakupy, to po pierwsze, nie bardzo było co kupować, bo place składowe w hurtowniach świeciły pustkami, a po drugie, ceny rosły w tempie wręcz sprinterskim.
– Suporeks kalkulowany był wstępnie na 4,60, a jego cena doszła do 14,00 złotych – stwierdza Ryszard. – Ale najgorsze było to, że mimo wyśrubowanej ceny... po prostu go nie było! Poczułem się jakby przeniesiono mnie w czasie o 20 lat wstecz. Miałem pieniądze i gotowy byłem je wydać, ale nie było na co! Zjeździłem chyba wszystkie hurtownie w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od Warszawy. Terminy były... powiedzmy delikatnie, dosyć odległe. Jakimś cudem udało mi się jednak dostać bloczki w Nowym Dworze Mazowieckim. Ktoś zrezygnował z materiału i dzięki temu miałem wreszcie swój upragniony suporeks. Ale w dalszym ciągu nie miałem ekipy.
„Jakoś nie idzie!”
|
| Dla ekipy murującej ściany wymiary zawarte w projekcie były zupełnie nieistotnym drobiazgiem, na który nie należy zwracać uwagi |
Wszystko było zrobione solidnie i na czas. Proszę jednak zauważyć, że zanim założy się wentylację, albo zainstaluje system grzewczy, to najpierw trzeba mieć budynek, w którym owe urządzenia będą pracować. Dzisiaj wiem już jedno, żeby powstał dom nie wystarczy gotówka, trzeba mieć jeszcze sporo cierpliwości oraz szczęścia. Tak po prostu jest i już! Ale nikt mnie nie przekona, że jest to zjawisko normalne!
Ryszard był i jest człowiekiem upartym. Po wielu próbach udało mu się w końcu wynająć firmę budowlaną, która zobowiązała się postawić mury domu w dwa miesiące... Dodatkowy miesiąc szef ekipy wytargował na ewentualne opóźnienia. Budowlańcy dziarsko wkroczyli na plac budowy na początku maja i... W tym miejscu chciałoby się napisać, że budowa ruszyła z kopyta, a pod koniec lipca mury domu wznosiły się ku niebu. Nic z tych rzeczy!
– Myślę, że nie będę już budował w swoim życiu żadnego domu. Zresztą zanim spłacę ten, który dostarczył mi tylu wrażeń, to raczej nie będę miał już sił na kolejną inwestycję – stwierdza Ryszard. – Jedno wiem jednak z całą pewnością i radzę zapamiętać moją radę wszystkim potencjalnym inwestorom. Budowy nie można pozostawić w rękach budowlańców i przyjeżdżać tam od czasu do czasu. To najprostszy sposób, aby zapewnić sobie szybki zawał, albo wylew. Naiwnie wierzyłem, że skoro solidnie płacę, to mogę oczekiwać solidnej pracy. Błąd! Błąd! Błąd! Człowieku, jeżeli ty i twoja żona ciężko pracujecie, żeby zarobić na swój wymarzony dom...
Jeżeli wzięcie półrocznego urlopu, aby dopilnować ekip nie wchodzi w grę... Odżałujcie pieniądze i wynajmijcie zaufanego człowieka znającego się na budowlance! Oddajcie mu nawet 3/4 swojej pensji. Niech siedzi na budowie i pilnuje kolejnych ekip. Summa summarum wyjdzie taniej niż poprawianie kolejnych niedoróbek. Dużo, dużo taniej!
Ekipa murująca ściany domu ze zdziwieniem odkryła, że klimat w Polsce jest straszliwie niekorzystny dla prac budowlanych. W letnie miesiące albo jest gorąco, albo pada i dla niektórych mistrzów kielni stanowiło to poważny problem. Deszcz nie nastrajał ich optymistycznie do pracy, więc nie pracowali. Upał także nie sprzyja wysiłkowi fizycznemu, więc ciepłe dni przeznaczali na utrwalanie opalenizny. Właściciel firmy, z którą Renata i Ryszard zawarli umowę zdawał sobie sprawę, że nie można w nieskończoność wmawiać inwestorowi, że robota „jakoś nie idzie!”. Wymieniał więc co jakiś czas ludzi, ale efekty owych roszad były mizerne. Mury rosły wprawdzie, ale bardzo, bardzo powoli.
|
| Odchylenia poziomu podłogi wyrównane zostały styropianem, ale na budowie niemal nic nie dzieje się bezkarnie. Okazało się, że podłogi mają poziom niezgodny z planami |
Pewnego dnia Ryszard miał do wykonania jakieś drobne prace związane z zabezpieczeniem materiałów składowanych na placu budowy. Jako inwestor dbał bowiem, aby cement, bloczki betonowe oraz wszelkie inne niezbędne produkty dostarczane były z wyprzedzeniem. Ponieważ przyjechał w roboczym ubraniu wyglądał jak murarz. Nic więc dziwnego, że nowo zatrudniony i podówczas jedyny pracujący na budowie murarz wziął go za kumpla z sąsiedniej budowy. Rozpoczął więc dialog, który w jakiejś absurdalnej komedii brzmiałby całkiem zabawnie:
– I jak, dobrze to wychodzi? – zapytał.
– Nie wiem. Chyba dobrze. Nie jestem murarzem – odpowiedział Ryszard.
– A myślisz, że ja uczyłem się na murarza? Jestem kierowcą. Pierwszy raz w życiu muruję.
Rozrywkowa ekipa zeszła z budowy pod koniec września. Później musiała jednak wrócić na poprawki i ostatecznie wycofała się dopiero w październiku. Mury stosunkowo niewielkiego domu, liczącego wraz z poddaszem użytkowym około 150 m2, pięły się więc w górę przez pół roku! Tymczasem zdaniem specjalistów wszystkie prace można było z powodzeniem zakończyć już po sześciu tygodniach i to trzymając się ściśle reżimu technologicznego oraz nie obrywając sobie rąk od nadmiernego wysiłku.
Styropianowe rusztowanie
|
| Przekładana folia została w wielu miejscach porozrywana, keramzyt zabrudzono gliną... A gdybym tej ekipie nie pomógł, to nie wiem, czy w ogóle zdołaliby skończyć robotę – wspomina Ryszard |
Zapłaciłem za ten materiał bajońskie sumy i bardzo długo czekałem na realizację zamówienia. Ale kogo to obchodziło?! Styropian leżał połamany, zabrudzony gliną, pozbijany przy użyciu desek w wysokie stosy... A fachowcy chlapali go bez litości zaprawą murarską. Takich przemyślnych rusztowań było na całej budowie kilkanaście. Styropianu miałem bowiem sporo – na całą elewację, więc panowie zamiast śpiewać mogli trochę poszaleć. Ciśnienie po raz kolejny podjechało mi w górę. Kiedy tłumiąc wściekłość kazałem jednemu z murarzy natychmiast zejść z zaimprowizowanego rusztowania i wytłumaczyłem mu do czego służy styropian, to wprawdzie popatrzył na mnie jak na upierdliwego marudę, ale usłuchał. Co z tego, gdy poszedł pracować w inne miejsce i tam również wspiął się na podobną konstrukcję. Moje ciśnienie osiągnęło wówczas wyżyny i to właśnie wtedy wylądowałem w szpitalu.
Niespodzianki
– Bardzo mi zależało, żeby nasz dom był szczelny, ciepły... żeby podłogi były w nim równe. I to nie dlatego, że miałem takie widzimisię, ale dlatego, że w budynku miało być ułożone ogrzewanie podłogowe. Z tego powodu pewne normy muszą być zachowane. Nie zostały zachowane żadne! Nawet taka prosta rzecz jak zabezpieczenie fundamentów nie wyszła jak należy. Fundament zabezpieczony jest warstwą 15 cm specjalnego ocieplenia. Dopilnowałem jego ułożenia i wszystko było OK! Radosny i szczęśliwy pojechałem do domu. Byłem przekonany, że tak proste czynności jak ułożenie kolejnej warstwy w postaci folii kubełkowej, a następnie obsypanie wszystkiego warstwą keramzytu, nie sprawią ekipie budowlańców większego kłopotu. O jakże byłem naiwny!Moja wiara w ludzi została poważnie nadszarpnięta, kiedy podczas następnej wizyty spostrzegłem, że całość prac została wprawdzie wykonana, ale... Ale wszystko trzeba było rozwalać i układać od początku, bo panowie najwyraźniej pierwszy raz w życiu widzieli folię kubełkową! Nic więc dziwnego, że „jakoś tak... założyła im się nie tą stroną” – wspomina Ryszard machając dłonią z rezygnacją, a potem dodaje: – Przekładana folia została w wielu miejscach porozrywana, keramzyt zabrudzono gliną... A gdybym tej ekipie nie pomógł, to nie wiem, czy w ogóle zdołaliby skończyć robotę.
Konieczność ułożenia ogrzewania podłogowego często narzucała kolejność prac. Zanim ułoży się warstwę ocieplenia na podłodze i zamontuje rurki grzejne, trzeba najpierw zadbać o wykonanie wszystkich instalacji biegnących w podłodze (np. hydraulicznych), położyć tynki , a przedtem wykonać jeszcze instalację elektryczną. Tę ostatnią wykonywał kolega Ryszarda więc udała się całkiem nieźle, ale niejako przy okazji inwestor odkrył, że jego dom przypomina w niektórych miejscach... domek z kart! Uderzenie młotkiem w ścianę, aby przytwierdzić do niej trzymacze kabli, często kończyło się wypadaniem pustaków ze ścianek działowych. Brakowało w nich nie tylko kotew! Po dokładniejszym sprawdzeniu okazało się, że zaprawa murarska jest co najmniej podejrzana.
– Na tę budowę poszło tyle zaprawy, że chwilami miałem wrażenie, iż buduję jakiś „Wilczy Szaniec”. Po odkryciu jakości tego czegoś, co wiąże pustaki, zacząłem się zastanawiać ile budów w okolicy zasiliłem – stwierdza Ryszard. – A co usłyszałem, gdy zadzwoniłem z pretensjami do wykonawcy? Otóż, dowiedziałem się, że nie powinienem walić młotkiem w ściany. Czy to nie brzmi jak fragment dialogu, z kultowego już dzisiaj serialu „Alternatywy 4”?
Ekipie montującej rury wodociągowe i kanalizacyjne także nie poszło najlepiej. Dość powiedzieć, że gdyby inwestor miał dostosować się do pierwotnych „niezwykle nowatorskich” rozwiązań hydraulicznych, to część rur w łazience wystawałaby ponad powierzchnię terakoty (pod którą miały być ukryte). To wprawdzie nie jedyne osiągnięcia owej ekipy, ale ponieważ jej członkowie jako jedyni poczuwali się do wykonania poprawek, więc litościwie przemilczmy drastyczne szczegóły niecodziennych koncepcji hydraulicznych. Warto jednak wspomnieć, że wykonanie odpowiednio nachylonego spadu rur odpływowych na przestrzeni 4 metrów okazało się niewykonalne tradycyjnymi metodami. Sięgnięto więc po rozwiązania niecodzienne i co tu wiele mówić, ryzykowne jeśli chodzi o eksploatację.
Tynk á la Małysz
Do wykonania tynków Renata i Ryszard, zniechęceni do firm mazowieckich, postanowili zatrudnić ekipę z głębi Polski. Kolega ze studiów, który mieszka na południu Polski znalazł im ekipę tynkarzy. Właściciel firmy, okazał się człowiekiem energicznym i bardzo zdecydowanym. Ryszard usłyszał od niego: Proszę załatwić materiały. Przysyłam ludzi. Na wszystko mają 6 dni, bo mam napięte terminy i inne budowy.– Myślałem, że śnię. Co za człowiek? – pomyślałem. Spieszy mu się. Super! Zapytałem jeszcze tylko, czy będzie równo i dokładnie... A on odpowiedział mi, że skoro Małysz nie narzeka, to i ja powinienem być zadowolony – wspomina Ryszard. – Świetny chwyt marketingowy, ale dzisiaj nie jestem już przekonany, że prawdziwy. Panowie tynkarze dostali materiał, dostali ogrzewaną przyczepę kempingową i przystąpili do roboty. Początki były obiecujące. Nauczony złymi doświadczeniami sprawdzałem ich częściej niż trzeba. Im częściej tam bywałem tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że wybór ekipy był słuszny. Przez pierwsze 3 dni faceci tyrali jak szaleni.
W sobotę wieczór zadzwonili, że ponieważ w niedzielę nie pracują, więc przydałaby się im jakaś zaliczka. Ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, że pieniądze się im należą. Pojechałem więc na budowę i wręczyłem zaliczkę. I potem się zaczęło! Poniedziałek – nie wyszli z przyczepy. Wtorek – nie wyszli z przyczepy. Środa – nie wyszli z przyczepy. Cóż było robić? W środę popołudniu zadzwoniłem do ich szefa i powiedziałem mu, że jego ludzie raczej nie zdążą na kolejne zaplanowane przez niego budowy, bo od trzech dni nie udało mi się ich zobaczyć, a robota stoi. Początkowo nie uwierzył, ale w końcu oświadczył, że w nocy przyjedzie do Warszawy. Podobało mi się to, iż jest gotowy pokonać kilkaset kilometrów, by zdyscyplinować swoich pracowników. W dodatku okazał się słowny.
Zjawił się w nocy! Pojechał na budowę i jak wszedł do nich do przyczepy, to... wyszedł po tygodniu! Gdyby to chociaż oznaczało, że powróci dawny rytm pracy. O nie! Szef pojechał, a na budowie każdy dzień pracy przeplatał się z dwoma dniami zamkniętej przyczepy. Zamkniętej dla mnie. Sąsiedzi powiedzieli mi, że gdy tylko mój samochód znikał za zakrętem, to któryś z tynkarzy pomykał drobnym truchtem po kolejną flaszkę. I w ten sposób z 6 dni zrobiły się 4 tygodnie. Naprawdę niezły wynik!
Po doświadczeniach szpitalnych Ryszard obiecał sobie, że nie będzie robił problemów z rzeczy drobnych. Postanowił jednak sprawdzić jakość wykonanych prac tynkarskich w miejscach takich jak kuchnia (pod przyszłymi szafkami kuchennymi) i salon (w miejscu, gdzie miał stanąć kominek). Kiedy ekipa zobaczyła, że inwestor wchodzi do domu z przymiarem, to za jego plecami rozległo się rozpaczliwe:
– To ja to wszystko p.... lę! Nie chcę żadnych pieniędzy i wyjeżdżam!
A potem Ryszard dowiedział się wielu ciekawych rzeczy. Po pierwsze, że nie ma prawa nic sprawdzać i mierzyć, bo to uwłacza godności tynkarzy. Po drugie, iż ściany były nierówne więc nic nie dało się zrobić.
– Moim zdaniem, to właśnie tynkiem, można zatuszować niektóre niedociągnięcia murarzy, ale mniejsza o to. Przymiar miał około metra i dzięki niemu dowiedziałem się, że na tak niewielkim odcinku falowanie tynku może sięgnąć nawet 5 centymetrów! Kątów prostych w rogach pomieszczeń też nie udało się ekipie osiągnąć. Kiedy zaproponowałem poprawki usłyszałem pewien tekst, który autentycznie mnie rozczulił. Rozczulił do tego stopnia, że zapłaciłem tym biedakom całą sumę i pomachałem im jeszcze na pożegnanie. Oni naprawdę nie zdawali sobie sprawy, że są śmieszni. Byli przekonani, iż wykonali kawał świetnej roboty. Usłyszałem: „Gdybym ja w Wiśle wykonał tynki tak, jak u pana, to byłby to najlepiej otynkowany dom w tej miejscowości”.
Wniosek jest jeden – albo należy serdecznie współczuć naszemu mistrzowi skoków narciarskich, albo też całą historyjkę o tynkach w jego domu włożyć na półkę z napisem bajki lub literatura absurdu.
Niezwykłe odkrycia
Przed ułożeniem rurek ogrzewania podłogowego, trzeba ułożyć na podłodze warstwę styropianu. Przygotowując się do tej operacji Ryszard zaczął mierzyć pomieszczenia i wówczas przekonał się, że na poddaszu różnica w poziomach podłogi sięga 11 cm. Równie ekscytujące okazały się pomiary na parterze. Tam odchylenie sięgało aż 12 cm. Ułożenie odpowiedniej warstwy styropianu wydawało się niemożliwe. Dużo pracy, czasu i wysiłku kosztowało inwestora doprowadzenie owych odchyleń do takiej wartości, że można było zaryzykować układanie materiału ociepleniowego i rurek ogrzewania.Skuwanie i cięcie twardego betonu przywiezionego na budowę w „gruszce” stało się doświadczeniem, które Ryszard zapamięta na długo. Udało się, ale montaż podłogówki opóźnił się o ponad miesiąc. Czego nie dało się wyeliminować, wyrównane zostało styropianem, ale nic nie dzieje się bezkarnie. Po ułożeniu ogrzewania oraz wylaniu jastrychu Renata i Ryszard dokonali kilku nowych odkryć. Okazało się mianowicie, że podłogi mają poziom niezgodny z planami. Skutkiem tego trzeba będzie podkuwać nadproża na poddaszu oraz domurowywać je na parterze, aby w otworach drzwiowych zmieściły się skrzydła.
Niezwykłe odkrycia dotyczyły również elektryczności.
– Kiedy okazało się, że próby włączenia prądu w domu skutkują za każdym razem wywaleniem bezpieczników, to nie ukrywam, że nafukałem na swego kolegę. Bardzo szybko okazało się jednak, że absolutnie niesłusznie. To była po prostu kolejna pamiątka po mistrzach fachu tynkarskiego – wspomina Ryszard. – Panowie zatynkowali sporo puszek z przewodami oraz z wyprowadzeniami do czujek alarmowych. Dokładnie je zatynkowali i dobrze wygładzili. Gdybym nie miał zdjęć, które zrobiłem po ułożeniu instalacji, to nie wiedziałbym, gdzie szukać.
Inwestor niezłomny
– Dopełnieniem masakry jaką okazała się nasza budowa była ostatnia Wigilia. To, że miałem nadzieję spędzić ją w nowym domu... Cóż, już dawno pogodziłem się z tym, że się nie uda. Co do następnych Świąt jestem ostrożnym optymistą. Niestety Wigilia okazała się też doskonałym czasem dla złodziei – mówi Ryszard.
Ekipa wylewająca posadzkę miała skończyć pracę 24 grudnia około 1500. Ponieważ w czasie prac trzeba było opróżnić dom, na podwórku leżały zabezpieczone folią materiały oraz wypożyczone urządzenia, między innymi nagrzewnice. Świadomy tego, że wszystkie te przedmioty mogą stanowić łakomy kąsek dla złodziei Ryszard umówił się z ekipą, że pojawi się na budowie pod koniec ich pracy, aby popilnować domu. Ponieważ czas był świąteczny, a panom śpieszyło się do rodzin, postanowili zarwać nockę i pracę skończyli już o 9:00 rano.
– Z powodu obowiązków służbowych nie mogłem pojawić się tak wcześnie. A kiedy dotarłem na budowę popołudniu, to dom i podwórko były już wyczyszczone ze wszystkich cennych przedmiotów. W ten sposób ktoś zaradny i przedsiębiorczy uczynił mnie biedniejszym o niezłą sumkę. W każdym razie przyzwoity samochód można byłoby za to kupić. Aby to wszystko wynieść, musiała przyjechać spora grupa i to ciężarowym samochodem! – stwierdza Ryszard. – Paradoksem było jednak to, że zareagowałem na całą sytuację niezwykle spokojnie. Tak spokojnie, że aż żona zaczęła się o mnie martwić. Niepotrzebnie. To nie był spokój wymuszony, sztuczny...
Przeciwnie. Tak jak mówiłem istnieje jakaś granica niepowodzeń, po przekroczeniu której człowiek reaguje inaczej niż można byłoby się spodziewać. Wiem, że skończę ten nasz wymarzony dom, choćby niewiadomo co miało się jeszcze stać. Choćby na budowie pojawił się jeszcze legion partaczy. Poprawię po nich wszystko, co będę mógł i dam wreszcie swojej rodzinie, to o czym wszyscy od dawna marzymy. Zrobię to, nawet wówczas, gdy jeszcze kilka banków powie mi, że nie dostanę preferencyjnego kredytu na pompę ciepła, bo jak ją montuję, to znaczy, że mnie „stać na takie fanaberie”. A kredyt to mogę dostać na przykład na nowoczesny kocioł węglowy. To echa autentycznych rozmów w bankach i instytucjach zajmujących się ekologią. Dawniej wściekałbym się w zetknięciu z tak ewidentną głupotą.
Robię przecież coś ekologicznego, a wmawia mi się, że to moje fanaberie. Trudno, pompę i tak zamontowałem, bo uważam, że myśleć ekologicznie warto bez względu na idiotyczne przepisy. Zastanawiam się tylko, czy naprawdę ludzie, którzy budują domy muszą przechodzić przez to pasmo upokorzeń i bezdusznego, pazernego partactwa. W ten sposób niszczone są przecież marzenia wielu porządnych ludzi, których jedyna „wina” polega na tym, że pomyśleli o „małym, białym domku.”
Marek Żelkowski
Urocze wielkopolskie miasteczko leżące nieco z dala od głównych tras komunikacyjnych. Jeśli ktoś szuka pięknych krajobrazów, lasów, jezior oraz świętego spokoju, to zdecydowanie powinien wybrać Wielkopolskę, a potem zapuścić tam korzenie. Beata i Darek tak właśnie zrobili, ale wspomniany już święty spokój nie stał się niestety ich udziałem. Zakup ziemi, a potem projektu domu przebiegły wprawdzie bez większych kłopotów, ale okazało się, że szczęście rzadko kiedy ma charakter permanentny.
Racjonalny wybór
![]() |
– Myślę, że podeszliśmy do problemu dosyć racjonalnie – podkreśla Beata. – Wysłaliśmy zapytania ofertowe do kilkunastu firm zajmujących się instalacją pomp ciepła oraz projektowaniem układów, w których takie urządzenia działają. Zapytanie takie wysłaliśmy również do firmy... Pomińmy może jej nazwę. W każdym razie to jeden z liderów w dziedzinie produkcji i dystrybucji nowoczesnych źródeł ciepła na polskim oraz europejskim rynku. Uznana zagraniczna firma z polskim przedstawicielstwem na południu Polski.
– Zostańmy przy umownej nazwie LIDER – śmieje się Darek. – Od kilkunastu firm otrzymaliśmy oferty cenowe. Natomiast LIDER przesłał nam mail, w którym wskazał jednego ze swoich autoryzowanych przedstawicieli jako adresata zapytania o cenę. Spośród otrzymanych propozycji do dalszego rozpatrzenia wybraliśmy trzy, a wśród nich znalazł się autoryzowany przedstawiciel LIDERA z Mazur, który kombinował, jak rozkręcić interes w Wielkopolsce.
Szlachectwo zobowiązuje, więc ostatecznie oferta firmy reprezentującej LIDERA okazała się najbardziej wszechstronna, korzystna i obiecująca. W dniu 28.07.2006 roku Beata i Darek podpisali zatem umowę. Nim jednak do tego doszło, właściciel przedstawicielstwa, którego ukryjmy pod pseudonimem SZEF, otrzymał niezbędne informacje o wielkości budynku oraz specyfice inwestycji. Pod pojemnym znaczeniowo słowem „specyfika” ukrywa się w tym wypadku zewnętrzny basen oraz konieczność dogrzewania w nim wody w okresie letnim. Pompą ciepła oczywiście!
– Załącznikiem do umowy był kosztorys, oferta cenowa z dnia 21.07.2006 roku – wspomina Darek. – Wcześniej SZEF osobiście obejrzał działkę budowlaną i został poinformowany, że w związku z jej dużą powierzchnią ma całkowitą swobodę działań inwestycyjnych związanych z montażem pompy ciepła.
Działania SZEFA
Prace budowlane SZEF rozpoczął w sierpniu 2006 roku. Wówczas to tłum jego pracowników wspomagany potężnymi łyżkami dwóch koparek zainstalował dolne źródło ciepła. Kolektor poziomy z miedzianych rurek rozłożono na powierzchni około 20 arów, na głębokości około 160 cm (6 pętli po 80 m długości). Rurki zostały zasypane ziemią oraz przyłączone do studzienki zbiorczej. Decyzją wszechwiedzącego SZEFA została ona umieszczona w odległości około 35 metrów od miejsca, gdzie miała stanąć pompa ciepła. Warto zapamiętać ten fakt, bo to pierwszy z mnóstwa błędów, jakie popełnił właściciel autoryzowanego (sic!) przedstawiciela LIDERA.– Następnie wykonaliśmy fundamenty, a potem dalsze roboty murarskie, ciesielskie, dekarskie – wspomina Beata. – Po zakończeniu wszystkich tych prac na budowie pojawił się ponownie SZEF z ekipą. Nadszedł bowiem czas rozłożenia ważnych instalacji współpracujących z pompą ciepła, a mianowicie ogrzewania podłogowego i ogrzewania basenu. Wszystkie te prace firma SZEFA wykonała na przełomie kwietnia i maja 2007 roku.
![]() |
| Wykopana studzienka rozdzielcza |
– Właściciel przedstawicielstwa oraz jego pracownicy osobiście rozkładali obie instalacje – zaznacza Darek. – To oni doradzali nam, ile metrów kwadratowych ogrzewania podłogowego należy rozłożyć.
Inwestorzy byli zbudowani profesjonalizmem SZEFA i bez żadnych oporów płacili kolejne zaliczki. Wykonawca miał wolną rękę. Mógł dobrać takie parametry poszczególnych instalacji oraz moc pompy, jakie uznał za stosowne. Nikt nie stawiał mu żadnych ograniczeń finansowych, nie zaniżał metrażu ani nie wprowadzał pseudooszczędności.
– Przeciwnie, SZEF był przez nas notorycznie, systematycznie oraz wręcz nękająco pytany, czy zaproponowana przez niego moc pompy ciepła na pewno wystarczy do ogrzania domu, ciepłej wody oraz basenu – wspomina Beata. – I przez cały czas słyszeliśmy, że „będzie tak ciepło, iż będziemy otwierać okna”.
Po wylaniu przez ekipę budowlaną jastrychu, który zakrył rurki ogrzewania podłogowego, autoryzowany przedstawiciel (co w kontekście późniejszych wydarzeń brzmi jak żart) dostarczył na miejsce budowy pompę ciepła wyprodukowaną przez LIDERA o mocy 12 kW. W maju 2007 roku SZEF i jego ekipa podłączyli wszystkie elementy instalacji, a następnie dokonali jej rozruchu.
– Już wówczas wydało mi się dziwne, że nie otrzymaliśmy druku gwarancji – stwierdza Darek. – Ale nie miałem jeszcze pojęcia o zbliżającym się horrorze i patrzyłem na rzeczywistość znacznie bardziej optymistycznie. Dopiero wiele miesięcy później dowiedzieliśmy się jeszcze, że SZEF zataił wówczas przed nami możliwość wyboru serwisu. Okazuje się, że mogliśmy zdecydować się zarówno na producenta pompy, jak i na jego przedstawiciela. Mam wrażenie, iż SZEF świadomie zataił ową informację. Dlaczego? To jasne! Przecież jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o... pieniądze. A przecież żal byłoby stracić tak dobrego, terminowego płatnika, więc po prostu zapomniał nam powiedzieć.
W połowie czerwca 2007 roku pracownicy SZEFA posadowili nieckę basenu oraz wykonali ocieplenie jego ścian styropianem. Ich dziełem była również instalacja filtrująca wodę oraz instalacja odpowiedzialna za jej ogrzewanie we współpracy z pompą ciepła.
– To SZEF zaproponował taki właśnie sposób kontroli temperatury wody w basenie – wspomina Beata. – On kupił wymiennik ciepła. W żadnym momencie nawet nie zająknął się, że nie jest pewny, czy wykombinowane przez niego rozwiązanie będzie naprawdę działało. A tymczasem świetny pomysł SZEFA wyeksploatował dolne źródło ciepła, czego efektem był brak energii na zimę. Ale nie wyprzedzajmy wypadków.
Awaria goni awarię
W czerwcu 2007 roku, a więc zaledwie po miesiącu niezbyt intensywnej pracy, pojawiła się pierwsza bardzo poważna usterka. Sterowanie pompy ciepła ustawione było wówczas na program osuszania posadzki. Na ciekłokrystalicznym ekraniku urządzenia pojawił się komunikat o: „błędzie krytycznym, uniemożliwiającym pracę” i wspaniała machina LIDERA zamieniła się w niedziałające metalowe pudło. W domu nie zrobiło się wprawdzie zimno, ale była to zasługa czerwcowego słoneczka świecącego za oknami.![]() |
| Przecięta instalacja dolnego źródła |
– Natychmiast poinformowaliśmy telefonicznie SZEFA o usterce – podkreśla Darek. – Już wówczas sielanka definitywnie się skończyła, bo przyjechał dopiero po kilku dniach i po wielu prośbach. A nam naiwnym wydawało się, że jak kupujemy u kogoś urządzenie w cenie średniej klasy samochodu, to możemy liczyć na kompleksową i szybką obsługę w ramach serwisu.
W końcu SZEF się zlitował. Przyjechał i wymienił serce pompy ciepła, a więc elektroniczny sterownik, który zawiaduje pracą urządzenia – temperaturą ogrzewania, produkcją ciepłej wody i dogrzewaniem basenu w zależności od temperatury zewnętrznej.
W sierpniu 2007 roku okazało się, że miesiąc bez awarii jest miesiącem straconym i w ramach rekompensaty za spokojny lipiec, „walnął” kompresor pompy ciepła. Właściwie trudno o poważniejszą awarię!
– SZEF został natychmiast poinformowany o awarii – wspomina Beata. – Jednak mimo naszej prośby o szybką naprawę... Musieliśmy dzwonić kilkanaście razy, zanim udało się nam ubłagać go o przyjazd. Przez kilka dni nie odbierał po prostu telefonu. Jakże przydatna okazuje się dla biznesmenów identyfikacja numeru! W końcu jednak kompresor został wymieniony na nowy.
A już w listopadzie... odgłosy wydawane przez pompę ciepła w czasie pracy zaczęły przypominać warkot traktora, a nie ciche mruczenie lodówki. Sen w domu Beaty i Darka stał się, mówiąc delikatnie... problematyczny. Ponadto domownicy mieli nieodparte wrażenie, że ich wspaniałe urządzenie, które LIDER reklamował jako jedno z najlepszych na rynku, dostało kompletnego kota, czyli ujmując rzecz lapidarnie – sfiksowało. Pompa pracowała prawie 24 godziny na dobę, chociaż temperatura na zewnątrz nie spadała w jakiś dramatyczny sposób.
Po kilku dniach nieustannych próśb pojawił się SZEF i z miną nieomylnego guru dokonał nowych ustawień instalacji. Już wówczas Beata i Darek, którzy zaczęli się intensywnie dokształcać w dziedzinie pomp ciepła, zaczęli podejrzewać, że egzemplarz zamontowany w ich domu ma zbyt małą moc, ale przecież nie mogli dyskutować z wszechwiedzącym SZEFEM! Pewności nabrali w grudniu, kiedy w czasie minusowych temperatur pompa nie była w stanie ogrzać domu nawet do temperatury 15 stopni.
– Wielokrotnie informowaliśmy o tym problemie, ale SZEF jakoś nie miał zamiaru się do nas pofatygować. Nie odbierał też telefonów, a jeśli już odebrał, to wyłącznie z numeru, którego nie kojarzył z naszymi osobami. Zaczęliśmy się w końcu martwić, że kompletnie zniszczymy mu interes, bo będzie bał się podnieść słuchawkę – mówi z kpiną w głosie Darek. – W końcu zadzwoniliśmy do centrali, czyli do firmy, którą nazywamy umownie LIDEREM. Zgłosiliśmy im nasz problem, a oni w przypływie szczerości lub w porywie sadyzmu poinformowali nas, że nie jesteśmy jedynymi klientami, którzy mają problem z instalacją wykonaną przez SZEFA. Stwierdzili również, iż w związku z tym zerwali współpracę, ergo przestał on być ich autoryzowanym partnerem. Wtedy też dowiedzieliśmy się o opcji wyboru serwisu bezpośrednio u LIDERA, a nie wykonawcy instalacji.
![]() |
| Wyrwane rury instalacji dolnego źródła |
Między świętami a Nowym Rokiem, w domu Beaty i Darka pojawił się przedstawiciel LIDERA, który wykonał pomiary oraz przeprowadził kontrolę całej instalacji. Wizja lokalna... bo chyba tak należy określić wizytę w miejscu technicznej zbrodni dokonanej przez SZEFA! Zatem wizja lokalna zakończyła się wydaniem opinii na temat kompletnej wadliwości instalacji. W międzyczasie LIDER mailem skontaktował się z SZEFEM i nakazał mu naprawę błędów w zakresie umowy serwisowej. Tymczasem temperatura w domu Beaty i Darka rzadko kiedy przekraczała 12 stopni.
Pouczająca lektura
Okazuje się, że lektura pism i maili może naprawdę mrozić krew w żyłach. Jest to tym łatwiejsze, jeśli informacje zawierają drastyczne szczegóły. A w pismach LIDERA było ich sporo. Można przeczytać tam między innymi: Opinia na podstawie protokołu z oględzin instalacji grzewczej z pompą ciepła typ...Na podstawie protokołu sporządzonego przez autoryzowany serwis stwierdzamy, że zamontowane w domu urządzenie typu... jest urządzeniem o zbyt małej mocy grzewczej do stawianych wymagań:
- ogrzewanie powierzchni domu (250 m2),
- ciepła woda,
- basen w okresie letnim (brak możliwości regeneracji dolnego źródła).
- odległość studzienki od pompy ciepła znacznie przekracza zalecaną liczbę metrów,
- pomiary temperatury wykazały zbyt małe przegrzanie (2,2 K), co może powodować uszkodzenie kompresora, ponieważ jest to temperatura za niska,
- jeden z rozdzielaczy jest zamontowany niezgodnie z wytycznymi.
Z poważaniem
... – kierownik serwisu
Równie „mocny” jest mail zamieszczony poniżej. Zaadresowano go do Beaty, która poprosiła LIDERA o wydanie oficjalnej opinii o wadliwości instalacji.
Szanowna Pani!
Odpowiedź, którą dostała Pani od Kierownika Serwisu Pana... jest wiążąca, wyrażająca opinię firmy... na temat instalacji pompy ciepła typu... w Państwa budynku.
![]() |
| Zniszczone drzewka i rozkopana działka |
W aktualnym stanie rzeczy sensownym wyjściem wydaje się jedynie wymiana urządzenia na urządzenie większej mocy oraz wykonanie nowego dolnego źródła.
Wstępny szacunek pozwala określić zapotrzebowanie ciepła na poziomie 13,75 kW na potrzeby c.o. oraz 1,25 kW na potrzeby c.w.u. [...]
Ponieważ zdaję sobie sprawę z całkowitych kosztów inwestycji, które Państwo poniesiecie, doraźnym rozwiązaniem będzie uzupełnienie niedoboru mocy przez montaż innego źródła ciepła (np. grzałki elektrycznej o mocy ok. 6 kW).
Takie rozwiązanie nie zaoferuje Państwu niskich kosztów eksploatacji (65% zapotrzebowania ciepła pokrywa pompa ciepła, 35% – inne źródło ciepła), ale sprawi, że budynek będzie zagrzany do temp. Normatywnych.
Jeżeli jednak długość przesyłu ani pozycja rozdzielacza nie ulegną zmianie, w krótkim czasie zaowocuje to awarią kompresora (z powodu braku powrotu oleju z instalacji parownika).
Wydaje mi się, że rozwiązaniem doraźnym (ale nie najlepszym) będzie wykonanie nowego dolnego źródła oraz uzupełnienie mocy pompy przez inne źródło ciepła.
Zapewni to Państwu komfort cieplny, ale niestety nie zagwarantuje niskich kosztów eksploatacji.
Z poważaniem
Tłumacząc ową „gładką” wypowiedź na język polski... Trzeba stwierdzić krótko i dosadnie – wiemy, że nasz autoryzowany przedstawiciel spartolił robotę, ale nie mamy zamiaru wam pomagać w jego ściganiu. Możemy wam sprzedać nowe urządzenie i skasować nowe pieniążki. Zrobimy to chętnie, a nawet bardzo chętnie. W innym piśmie znajduje się nawet szczegółowa wycena właściwej instalacji, za którą inwestorzy musieliby wyłożyć około 80 tysięcy złotych.
Zważywszy, że wcześniej SZEF (autoryzowany przedstawiciel LIDERA) również skasował od Beaty i Darka kilkadziesiąt tysięcy... Sugestię o nowej instalacji można uznać za wspomniany na początku szczyt bezczelności! A może... pazerności?
Litościwy SZEF
Siedemnastego stycznia, czyli po prawie dwóch miesiącach od zgłoszenia głośnej pracy pompy oraz po wielokrotnym przekładaniu przyjazdu, SZEF pojawił się u Beaty i Darka, aby dokonać kolejnego ustawienia instalacji. Jakże ciężka jest praca człowieka zajmującego się montażem pomp ciepła! O jakże ciężka! SZEF zdołał przyjechać dopiero wieczorem (o godzinie 20:00)! A urządzenie okazało się wyjątkowo wredne i nieczułe na los prostego biznesmena. Biedaczysko zakończył pracę dopiero o 1:00 w nocy!Zamontował wówczas między innymi dodatkową grzałkę elektryczną. Wcześniej nie widział takiej potrzeby, chociaż jest to standardowe urządzenie awaryjne. Awaryjne, a nie eksploatacyjne! Ale nie wyprzedzajmy wydarzeń! Noc jest porą zwierzeń oraz szczerych wyznań. SZEF przyznał się więc do większości błędów popełnionych przy wykonywaniu instalacji. Co więcej... Porozumiał się z Beatą i Darkiem, że załatwią problem ugodowo. Podpisali nawet odpowiednią umowę.
– W dniu 19 stycznia, w sobotę nastąpiła kolejna usterka – mówi Beata. – Wewnątrz pompy nastąpił wyciek czynnika roboczego (freon). W całym domu czuć było okropny kwaśny smród. Natychmiast poinformowaliśmy o wszystkim SZEFA, który powiedział nam, że jest w domu na Mazurach i przyjedzie w poniedziałek. Znowu spędziliśmy weekend bez ogrzewania oraz bez cieplej wody. Zamontowana grzałka oczywiście nie zadziałała. W następnym tygodniu przyjechał SZEF, zlikwidował wyciek i uzupełnił czynnik roboczy.
Wszystkim, którzy zadają sobie w tym momencie pytanie, czy opisywana instalacja z pompą ciepła LIDERA wyczerpała już limit usterek i awarii, śpieszę donieść, że absolutnie nie! Dwudziestego ósmego stycznia ponownie zepsuł się agregat.
– Takie wydarzenie zostało zresztą przewidziane przez przedstawicieli LIDERA, kiedy dokonywali wizji lokalnej – przypomina Darek. – Na szczęście tegoroczna zima była dosyć lekka, a naprawdę niskie temperatury były rzadkością. Dlaczego na szczęście? Ano dlatego, że gdy zgłosiliśmy awarię, to SZEF oświadczył, że musimy poczekać około 2 tygodni na nową część i wymianę. A w ogóle to mamy przecież naprawioną grzałkę. Tymczasem mimo niezbyt niskich temperatur na zewnątrz, wspomniana grzałka dostawała szału, nakręcając licznik prądu do szybkości świetlnych i podnosząc nasz rachunek za prąd w tempie kosmicznym. Założę się, że niewielu ludzi widziało faktury za energię na takie kwoty, jakie otrzymaliśmy!
Osiemnastego lutego SZEF pojawił się już nie z liczną ekipą, a z jednym pracownikiem. Miał szczery zamiar przenieść studzienkę zbiorczą bliżej domu, a więc bliżej pompy ciepła. Dzięki temu zabiegowi chciał zlikwidować jeden z najpoważniejszych błędów wykonawczych, czyli zbyt długą drogę przesyłania energii z kolektora do pompy ciepła. To właśnie ta niedoróbka w poważnym stopniu przyczyniała się do kolejnych awarii agregatu.
SZEF najpierw wyrwał z ziemi studzienkę zbiorczą, rozrywając przy okazji rurki wszystkich sześciu pętli dolnego źródła. Później było równie rozrywkowo, bo biznesmen poszedł za ciosem i w ramach radosnej, beztroskiej oraz kompletnie pozbawionej sensu twórczości destrukcyjnej wyrwał jeszcze około trzydziestu metrów dwóch rur doprowadzających czynnik roboczy ze studzienki zbiorczej do pompy ciepła.
Dopiero wówczas zorientował się, że nie ma technicznej możliwości wyłuskania z ziemi rurek dolnego źródła ciepła i wstrzymał prace. Dziwne, że dopiero tak późno! Dla Darka (laika w końcu) od początku było jasne, że jeśli nie nastąpi niezłej klasy cud, to nie ma fizycznej możliwości przeniesienia kolektora zakopanego na głębokości niemal dwóch metrów. SZEF nie tracił jednak werwy. Zadeklarował, że wykona kolektor pionowy (własną maszyną-wiertnią) i dostarczy pompę innego rodzaju.
– Na deklaracji się skończyło – stwierdza Beata. – Kiedy poinformowaliśmy SZEFA, że w związku z niezbyt dobrymi doświadczeniami zmieniamy sposób finansowania inwestycji... To znaczy przestajemy przesyłać kolejne zaliczki i czekamy z zapłatą na zakończenie robót... Mistrz instalacji wszelakich rozpłynął się w niebycie. Zero kontaktu. Zero dobrej woli. Zostaliśmy zmuszeni do ogrzewania domu i ciepłej wody grzałką elektryczną o mocy 6 kW!!! A jedynym wyjściem z tej paranoicznej sytuacji wydaje się proces sądowy!
– Proces sądowy da nam może poczucie sprawiedliwości, ale nie zmieni faktu, że nasza sytuacja była i jest dramatyczna – podkreśla Beata. – To nie jest tak, że mamy nieograniczoną ilość pieniędzy i teraz po zabawie w instalację ogrzewania wesoło bawimy się w sądzie. Przecież nie wiadomo jak cała sprawa się zakończy, kolejny sezon grzewczy przed nami, a my mamy tylko grzałkę pochłaniającą prąd w ekspresowym tempie. Przerażający jest dla nas brak kompetencji na polskim rynku oraz brak poczucia odpowiedzialności producentów zagranicznych za działalność swych przedstawicieli. Razi to szczególnie, jeżeli firma na każdym kroku podkreśla swoje kompetencje. Kiedy interweniowaliśmy w centrali LIDERA, to całkowicie nas zignorowano. Nikt nie pofatygował się z najkrótszą nawet odpowiedzią.
Pytania
To, że SZEF jest zwykłym hochsztaplerem, wynika z tej historii aż nazbyt dobitnie i właściwie nie ma sensu zadawać mu jakichkolwiek pytań. Pytania warto natomiast skierować do firmy ukrytej w tekście pod pseudonimem LIDER. To zabieg celowy, bowiem firma jest znana z przyzwoitej obsługi klienta i nie ma co psuć pracy jej działu marketingu jednostkowym przypadkiem. Chociaż z drugiej strony... może jednak należałoby to zrobić?Trudno jest bowiem zrozumieć, dlaczego LIDER wspiął się na wyżyny zwykłej bezczelności i mówiąc językiem prostym, ale dobrze przyswajalnym, olał swojego klienta? Rozumiem, że nie było obowiązku ludzkiego traktowania Beaty i Darka, bo w końcu nie byli nabywcami bezpośrednimi i LIDER nie miał wobec nich żadnych formalnych zobowiązań. Oczywiście! Ale jest jeszcze coś takiego, jak wizerunek firmy. Podobno to rzecz niezwykle cenna! Okazuje się, że nie wszędzie.
A przecież z faktu, że LIDER nie musiał, wcale nie wynika, że nie mógł zadbać o klienta. I nawet nie kierowany miłością bliźniego, ale elementarnym instynktem samozachowawczym. W końcu to LIDER wskazał swojego autoryzowanego przedstawiciela! Wydawać by się mogło, iż nadanie jakiejś firmie autoryzacji jest równoznaczne z przyjęciem odpowiedzialności za jej działania. Okazuje się, że to najwyraźniej tylko złudzenie. LIDER absolutnie się nie poczuwa! I właściwie pojęcia nie mam dlaczego?
Rozwiązaniem korzystnym dla wizerunku firmy, byłoby wzięcie odpowiedzialności za brakoróbstwo oraz brak elementarnej wiedzy szanownego autoryzowanego przedstawiciela, pokrycie kosztów napraw i doprowadzenie instalacji do porządku. Z punktu widzenia LIDERA pieniądze byłyby naprawdę niewielkie, a zadowolony klient nie krzywiłby się na dźwięk nazwy producenta. Prawda jest taka, że Beata i Darek mają obecnie jak najgorsze zdanie o LIDERZE i jego znakomitym (podobno) produkcie.
Ale czy można się dziwić, skoro psuł się aż tyle razy? Zresztą rozsierdzony klient, który wydał kilkadziesiąt tysięcy złotych na wadliwą instalację, to bardzo poważny problem. Zbyt często opowiada swoją historię i tym samym zniechęca potencjalnych klientów do produkcji LIDERA! Powtarzam – LIDERA, ale nie idei korzystania z pompy ciepła w ogóle. Beata i Darek są bowiem teraz nie tylko w trakcie procesu z SZEFEM o zwrot poniesionych nakładów inwestycyjnych i kwot wydanych na pracę nieszczęsnej grzałki... Są też w trakcie poszukiwań firmy produkującej pompy ciepła i traktującej klientów poważniej niż LIDER.
– Warto, żeby każdy inwestor sprawdzał uważnie nie tylko ofertę – podkreśla Darek. – Warto zainteresować się również wszelkimi dokumentami dotyczącymi urządzenia, form i warunków gwarancji, posiadania przez wykonawcę wdrożonego systemu jakości oraz sytuacją finansową firmy. Ważne jest sprawdzenie nawet kilkunastu działających już urządzeń wykonanych przez firmę i uzyskanie opinii o wykonawcy od wcześniejszych klientów, i... to bardzo ważne – należy dopytać o termin oczekiwania na części zamienne! Może wówczas nikt nie będzie musiał przeżywać takiego koszmaru jak my!
Marek Żelkowski
Działka, która nas skusiła, wyglądała naprawdę ładnie i miała dobry kształt. Pasował na nią dom, który wybraliśmy. Miała też najważniejszy, jak nam się wtedy zdawało, atut – niewysoką cenę. Jesteśmy średnio zamożni, więc z radością pomyśleliśmy, że dzięki oszczędności lepiej wyposażymy dom.
Najbliższe sąsiedztwo prezentowało się bardzo sympatycznie: dwoje starszych od nas, samotnych ludzi w małym drewnianym domku. Parcele po bokach były wtedy puste, a dalszej okolicy przyglądaliśmy się tylko pobieżnie. Nie wydała nam się szczególnie ciekawa, ale wtedy myśleliśmy, że to nieważne, że stworzymy sobie i naszej czteroletniej córeczce własny kameralny świat za wysokim płotem. Jak bardzo tego teraz żałujemy!
Nie, nie stało się nic strasznego. Nie zbudowano obok fabryki ani wysypiska śmieci. Właściwie wszystko co jest, było tu już te pięć lat temu. Brzydkie domy, jak żywcem wyjęte z katalogu z lat 70-tych, wypiętrzone, z „góralskimi” dachami krytymi blachą bordo i ścianami w dziwnych kolorach: niebieskim, różowym, ohydnym łososiowym albo wściekle żółtym. Problem nie w tym, że rażą naszą wrażliwość, choć język estetyki przemawia do nas mocno – mąż jest grafikiem, a ja fotografuję. Kłopot polega na czymś zupełnie innym: w tych domach mieszkają inni od nas ludzie.
Nie twierdzę, że w czymkolwiek gorsi. Ale po prostu mentalnie zupełnie nam obcy. Są w podobnym do nas wieku, też mają dzieci, ale już problemy – całkiem inne. Prowadzą małe sklepy, zajmują się drobnym handlem, starają się być mili i uczynni (my również), ale przepaść pomiędzy nami jest nie do zasypania. Po trzech latach mieszkania tutaj nie mamy żadnych przyjaciół w okolicy (poza starszymi sąsiadami, ale oni nie mają dzieci), nasza biedna córka bawi się zawsze sama, a my, żeby podtrzymać życie towarzyskie choć w szczątkowej formie, musimy jeździć do miasta, na ukochaną starą Ochotę. Tam żyliśmy w ciasnocie, ale otoczeni przyjaciółmi.
Ktoś może pomyśleć, że z nas odludki, dziwacy albo wyjątkowi zarozumialcy. A nie w tym rzecz. Nie mamy pretensji do nikogo, zwłaszcza do naszych „niekonweniujących” sąsiadów. Są inni, bo są – oglądają serial za serialem, piją piwo przy grillu we własnym gronie, budują nieszczelne szamba, a śmieci wywożą do lasu. Ale naprawdę nie obwiniamy ich o to (no, może poza szambem i śmieciami!), bo przecież tak ich wychowywano. Pochodzą po prostu z zupełnie innego kręgu, niż my. Pretensję, i to wielką, mamy wyłącznie do siebie – o swoją głupotę i krótkowzroczność, która kazała nam wierzyć, że w różowych i łososiowych domach mieszkają ludzie, z którymi znajdziemy wspólny język. A raczej o to, że w ogóle się nad tym nie zastanowiliśmy. A przecież człowiek jest stworzeniem społecznym; większość miłych odczuć, jakich doznaje, ma związek z innymi ludźmi właśnie.
Mamy przyjaciół, którzy obrali inną taktykę: kupili trzy razy droższą działkę w Milanówku, zbudowali skromniejszy dom i choć do pracy w Warszawie jadą dwa razy dłużej, po powrocie są naprawdę u siebie, wśród podobnych zaprzyjaźnionych ludzi, z którymi spotykają się co wieczór, podrzucają sobie nawzajem dzieci, chodzą na wspólne spacery i razem jeżdżą na wakacje. A my, w naszym gustownym domu, niepodobnym do żadnego w okolicy, skręcamy się z zazdrości.
Nic, powtarzam NIC nie jest tak ważne, jak lokalizacja! A i tu najważniejsi są właśnie ludzie. Jeśli rozglądacie się za działką, nie patrzcie na cenę, bliskość przystanku czy sklepu. Szukajcie jej tam, gdzie stoją domy wam bliskie, takie, w jakich sami chcielibyście zamieszkać, które formą trafiają do waszego serca. To niczego jeszcze nie gwarantuje, ale zwiększa szansę na znalezienie właściwego miejsca. Natomiast domy-koszmarki (oczywiście w waszym subiektywnym odczuciu) gwarantują wam, że z sąsiadami się nie zrozumiecie – język estetyki jest bezlitosny. I zawsze będziecie w swojej okolicy obcy, tak jak my.
Od lat śledzimy z żoną rynek nieruchomości, czekając na najlepszy moment na budowę domu. Co krok w prasie związanej z tematem natykamy się na hasła: Dom – tylko teraz, Budowanie na czasie, Nie czekaj – buduj! Zestawienia kosztów są zachęcające, statystyki podają, że budowa średniego domu powinna być dziś tańsza o 10-15%, niż dwa lata temu.
Mamy już projekt, prosty, który da się wpasować w różne warunki terenowe. Poprosiliśmy o wstępną wycenę budowy pod klucz poleconą firmę. Kosztorys nie był aż tak optymistyczny – statystyki sobie, a życie sobie – ale nas nie przeraził. Wiemy zresztą, że możemy go zredukować, osobiście zajmując się zaopatrzeniem budowy. Mimo kryzysu zachowaliśmy sporą zdolność kredytową, a przy tym obserwujemy w bankowości pewien zwrot. Jeśli nawet nie jest to powrót do dawnych ryzykownych praktyk udzielania kredytów każdemu na wszystko, to jednak odradza się walka o solidnego wypłacalnego klienta – przecież banki muszą z czegoś żyć.
Jest tylko jeden problem, mianowicie działka. Ostatnie lata wyniosły ceny ziemi na niebotyczny pułap, nieosiągalny dla zwykłego śmiertelnika. W 2006 roku przymierzaliśmy się do zakupu ok. 1000 m² w podwarszawskim Izabelinie, bo właśnie tam chcemy się osiedlić. Sprawdziliśmy wtedy kilkanaście działek, zarejestrowaliśmy się w miejscowych agencjach.
Niestety, był to falstart, ceny zaczynały się od 700 zł za metr, a my mogliśmy wydać nie więcej niż 500 zł. Zdarzały się okazje, ale szybko przekonaliśmy się, że jeśli działka jest wystawiona poniżej 650–700 tys. złotych, to znaczy, że ma istotny feler: przylega do drogi głównej, albo przecina ją linia wysokiego napięcia. Wtedy postanowiliśmy poczekać, aż ziemia stanieje. Gdy niedawno zrobiliśmy rekonesans w tym samym rejonie, okazało się, że działki wciąż leżą, nikt ich nie kupuje, ale dziś ich ceny przekraczają już 1 000 000 zł.
Izabelin to gmina zamknięta, która nie będzie się rozrastać z uwagi na położenie – częściowo na terenie Parku Narodowego. Na nowe, tańsze grunty nie ma tu co liczyć. A właścicielom starych widocznie się nie spieszy, zgodnie z zasadą, że ziemia zawsze – prędzej czy później – przyniesie zysk. Spieszy się tylko nam, niestety, perspektywa budowy własnego domu chyba z roku na rok się od nas oddala.
Żyją w ciężkich warunkach lokalowych, pokój ma 13 m², łazienka jest wspólna z rodziną, u której mieszkają, a kuchni nie mogą używać. Ale przynajmniej syn nie spędza trzech godzin dziennie w autobusach i metrze. Jak nasz wspólny problem (syn nie ma szybkich perspektyw na własne mieszkanie) ma się do tematyki Waszego pisma? Ano tak, że 10 lat temu rodzina namówiła nas do wyprowadzki z miasta i budowy domu.
Wybraliśmy szkieletowca, technologię bardzo w tamtym czasie propagowaną przez niektóre media. Lekki, łatwo go postawić i można będzie kiedyś rozbudować. Dodam, że dom wcale nie był tani. Zaangażowaliśmy w budowę wieloletnie oszczędności i kilka pożyczek, z przekonaniem, że tworzymy sobie i naszym dzieciom idealne warunki do życia w podmiejskim siedlisku.
Zależało nam, żeby młodszy syn przeżył dzieciństwo w kontakcie z naturą, we własnym ogrodzie, a starszemu też znaleźliśmy szkołę i środowisko na miejscu. Planowaliśmy wtedy, że gdy starszy syn się usamodzielni, a młodszy będzie kończył szkołę podstawową, zamienimy bez problemu dom (całkiem spory, 170 m²) na dwa mieszkania w Warszawie: kawalerkę na start dla dorosłego syna i 3-4 pokoje dla nas. Lubimy zieleń, więc myśleliśmy o dobrej dzielnicy: Ochocie albo Mokotowie. Nasza część Piaseczna jest zresztą też bardzo przyjemna, dlatego wydawało się, że taka zamiana jest realna.
Dziś po latach dowiadujemy się, jacy byliśmy naiwni. Popyt na mieszkania podbił ich ceny znacznie bardziej, niż ceny domów. Na to składają się też coraz większe problemy komunikacyjne, a w tej dziedzinie Piaseczno jest w podwarszawskiej „czołówce”. Ludzie uciekają z przedmieść, bo nie chcą spędzać połowy dnia w samochodzie. No i dochodzi do tego jeszcze jeden problem: dramatycznie spadła wartość domów szkieletowych. Teraz wiadomo już, że nasza rzeczywistość nie sprostała wymogom tej „żywcem zaimportowanej” technologii.
Firmy budowlane były do niej nieprzygotowane, domy były partaczone, a drewno nie spełniało wymogów technicznych. Skutek jest taki, że dziś już prawie nikt nie decyduje się na stawianie takiego domu, a chętnych na zakup po prostu nie ma. Od prawie roku szukamy kupca, przestaliśmy już nawet umieszczać w ogłoszeniu słowa „szkielet drewniany”, bo redukują nam grono zainteresowanych prawie do zera. Od tych, którzy dom oglądali, usłyszeliśmy już, że „najlepiej zrobić z niego ognisko i zbudować nowy”, albo że chętnie kupiliby posesję po cenie gruntu, ale tyle, ile chcemy, to za samą ziemię zbyt dużo.
Nie wszyscy są oczywiście tak brutalni i niegrzeczni, ale pozostałych szkielet też zniechęcił. A nasz dom jest przecież zadbany i dobrze utrzymany, latami go urządzaliśmy i modernizowaliśmy. Szkodzi mu głównie zła sława technologii. Dlatego wciąż wierzymy, że znajdą się na niego amatorzy, że skończy się wreszcie ta zła passa. Ale wiemy już, że na pewno nie zamienimy go na dwa mieszkania w porządnej dzielnicy. Musielibyśmy na nie wydać dobrze ponad 1 mln złotych (przyzwoita kawalerka na Mokotowie to dziś 350-400 tys.), a dom wart jest nie więcej niż 800-900 tysięcy.
Skąd wziąć te brakujące kilkaset tysięcy? Znów, w wieku przedemerytalnym, zaczynać odkładanie? Teraz, kiedy powinniśmy oszczędzać na zabezpieczenie własnej starości, albo chociaż na podróże? Zresztą nie spłaciliśmy jeszcze wszystkich pożyczek z czasów budowy, choć niedużo nam zostało. A przecież budowaliśmy ten dom z przekonaniem, że bardzo znacząco podnosimy swój standard życia i inwestujemy w naszą i dzieci przyszłość...
Sprzedający mieszkał już w drugiej połówce, bardzo namawiał, uroki życia w tym miejscu i sam dom zachwalał. Kupiliśmy go za niemałą sumę w przekonaniu, że lada chwila – na tygodniach – do budynku będzie doprowadzony gazociąg. Tak twierdził nasz sąsiad, który osobiście sprawę załatwiał.
Pokazał nam przed sprzedażą komplet papierów, oświadczeń sąsiadów (którzy mieli partycypować w przedsięwzięciu), dał nam je nawet na jeden wieczór do przeczytania twierdząc, że z zakładem gazowym wszystko jest już załatwione i teraz czekamy na przybycie ekipy wykonawczej. Dokumenty rzeczywiście wyglądały przekonywująco, przejrzeliśmy je dokładnie, ale do głowy nam nie przyszło, żeby sprawdzać ich autentyczność, aktualność czy przydatność.
Kiedy już staliśmy się właścicielami połowy domu, a prace wykończeniowe postępowały i na przeprowadzkę były realne widoki, okazało się, że oczekiwanie na gaz się przedłuża. Gdy przedłużyło się o kolejne półtora miesiąca, przycisnęliśmy sąsiada, który przyznał się, że są pewne problemy.
Mianowicie jeden z „udziałowców” pół roku temu zginął w wypadku, a że był to człowiek samotny, więc sprawę sukcesji po nim nie wiadomo jak zacząć, a jeśli nawet – to może się ciągnąć latami. Okazało się też, że oświadczenia pozostałych, których wymagał dostawca gazu, są nieprzydatne, bo nie mają formy aktu notarialnego. A zebrać wszystkich jednocześnie i namówić na wizytę u notariusza będzie trudno, bo oni już dawno grzeją olejem albo prądem i tak bardzo im nie zależy.
W końcu sąsiad pod naszą silną presją obiecał, że sprawy ruszą z kopyta. Rzeczywiście, tydzień później pojawił się u nas wykonawca, który za umówioną wcześniej kwotę (wcale niemałą, ale trudno!) miał ułożyć 60 m gazociągu i wyprowadzić nam wszystkim przyłącza z domów do płotów, a także pozałatwiać formalności. Dostał zaliczkę i zaczął od przyłączy. Gdy dotarł do ulicy, stwierdził, że był przekonany o tym, iż gaz jest w ulicy, a skoro jeszcze te 60 m… to będzie o wiele drożej. Traciliśmy już cierpliwość, powinno się go przepędzić, ale nie było dla niego alternatywy.
Nastąpiła znów seria ostrych rozmów z sąsiadem i ze znalezionym przez niego fachowcem. W efekcie człowiek trochę spuścił z tonu i zdecydował się za mniejszą kwotę gazociąg w ulicy położyć. Sprowadził czteroosobową ekipę, jak mówił – „swoją firmę”. Zaczęli kopać po dwóch, z przeciwległych krańców ulicy.
Wszyscy byliśmy wtedy w biurach, więc nikt prac nie nadzorował. Gdy wróciliśmy, okazało się, że ci z północy kopią po lewej stronie drogi, ci z południa – po prawej. Bogowie! Ręce nam opadły. I ta „firma” miała za nas załatwiać formalności!
Dziś minęło 5 miesięcy, wykonawcy plac budowy porzucili (może na szczęście), a gazu jak nie było, tak nie ma. Robi się zimno, kominek przestaje wystarczać. Dobrze, że nie mamy dzieci, ale jesteśmy już niemłodzi i dla nas to duży dyskomfort. Czujemy się oszukani przez sąsiada, który wcisnął nam taki bubel. Być może wykazaliśmy zbyt mało dociekliwości. Ale na Boga, wydawało nam się oczywiste, że skoro człowiek będzie mieszkał z nami przez ścianę, to nas nie oszuka. A jemu był potrzebny doraźny przypływ gotówki na kolejne interesy. Stosunki dobrosąsiedzkie miał za nic. Tym razem ludzka głupota i nieuczciwość przerosła naszą wyobraźnię.










